niedziela, 2 sierpnia 2015

Podwójne LBA!

Wyjaśniać nie będę, bo chyba każdy wie co to jest. Przepraszam, że dopiero teraz. Jako pierwsza: modern talking:

1. Znasz chłopaka, który interesuje się Jelsą?
Noo... Kira i L, którzy jak na razie skomentowali blog: kolorowydym.blogspot.com

2. Wolisz noc czy dzień?
Noc.

3. Co skłoniło cię do pisania bloga?
Chęć pisania :) No i widziałam obrazki z takiego typu ale nie mogłam trafić na bloga.

4. Lato czy zima?
Zima.

5. Jakie imiona ci się najbardziej podobają?
Męskie: Austin, Cody, Sebastian.
Żeńskie: Lily, Natalie, Crystal.

6. Ile masz lat?
14.

7. Jakie jest twoje motto życiowe?
Nigdy się nie poddawaj.

8. Jakiej potrawy najbardziej nie lubisz?
Grochówki.

9. Gdzie chciałabyś wyjechać na wakacje?
Do Francji.

10. Jaki gatunek filmów lubisz?
Fantasy, kryminalne, przygodowe.

11. Wolałabyś latać czy czytać w myślach?
Czytać w myślach.

A teraz druga nominacja przez Ollka PL:

1. Masz Metina 2? Jak tak to jak się nazywasz? Jak nie to nie.
 Nie mam.

2. Ulubione zwierzątko?
Dzikie czy domowe? Jak dzikie to pantera, jak domowe to kot.

3. Piosenka która najlepiej ciebie opisuje?
Uuuh, tu będzie trudno. Chyba... nie mam pojęcia.

4. Czy jesteś zła że ciebie nominowałam?
Oczywiście, że nie.

5. Piosenka którą uwielbiasz?
Fall Out Boy - Immortals

6. Dopada ciebie Mały Głód (ten mały stworek). Co robisz?
Jem Danio :)

7. Co sądzisz o Jaridzie, Helsie i Jelsie? (Ale się ułożyło =D)
Jarida - super, piszę przecież o nich bloga, Helsa - zdecydowanie nie, Jelsa - zdecydowanie tak!

8. Żeby w tradycji stało się zadość... Napisz krótki i głupi kawał.
Poszła baba do lekarza, a lekarz też baba.

9. Co sądzisz o mym blogu?
Nie czytałam go, ale z pewnością zacznę.

10. Której pory dnia nie dzierżysz?
Nie dzierżę? Czyli... nie lubię? Rano.

11. Czy cieszysz się że może będzie Jelsa w Krainie Lodu 2 (czyt. Frozen 2)?
No jasne! Ale nie wiem czy to możliwe.

No to teraz nominacje:

1. kolorowydym.blogspot.com
2. jelsa-wszystko-jest-mozliwe.blogspot.com

Na razie tyle. I pytanka:
1. Jak masz na imię?
2. Masz chłopaka? Jak nie, to chciałabyś mieć?
3. W którym województwie mieszkasz?
4. Ulubiony kolor?

poniedziałek, 11 maja 2015

Rozdział 4

 Merida zanim jeszcze otworzyła oczy, usłyszała cichy dźwięk, który wraz z upływem czasu zaczął narastać. Zmarszczyła brwi i uchyliła powieki. Przed sobą ujrzała tylko śnieżnobiały strop. Przekręciła głowę i zobaczyła swoją matkę, która ponownie czegoś szukała. Dziewczyna usiadła na łóżku.
 - Mamo, może ci pomóc? - zapytała ukrywając jak najlepiej swój zaspany ton głosu.
 Kobieta drgnęła i zatrzymała się. Po chwili odwróciła głowę, a na jej twarzy był widoczny wymuszony uśmiech. Chwilę później obróciła resztę ciała i stanęła prosto. Ręce miała schowane z tyłu, jakby trzymała w nich coś, czego jej córka nie powinna widzieć.
 - Och, Merido, już nie śpisz? - spytała, aby przerwać ciszę i w razie czego odwrócić jej uwagę od tego tematu. Panna już otwierała usta, by grzecznie odpowiedzieć, ale Elinor uprzedziła ją.
 - To może pomogę ci się przygotować na śniadanie? - zaproponowała tonem nieznoszącym sprzeciwu, choć nadal utrzymywała uśmiech na ustach. Córka pokiwała delikatnie głową i wstała, aby się przygotować.

***

 Jackson poczuł dotyk palców na swojej skórze, nie delikatny, czuły, ale szturchający i chcący go jak naszybciej obudzić. Otworzył leniwie oczy i ujrzał przed sobą uśmiechniętą twarz Flynn'a. W przestrachu wykonał ruch, jakby chciał odskoczyć od niego, ale jedynie wcisnął się głębiej w poduszkę, po czym materac odbił jego głowę i czoło chłopaka trafiło w brodę przyjaciela.
 - Au, Jackson, jeśli chciałeś, żebym zszedł to wystarczyło powiedzieć, a nie od razu próbować zrzucać. - zachichotał Flynn. - No i, jaki dzisiaj dzień? - zapytał schodząc ze schodków.
 - Nie mam pojęcia. - odpowiedział Jackson rozcierając sobie czoło.
 - Żartujesz sobie? Dzisiaj jest potańcówka pod pokładem, wyłącznie dla trzeciej klasy, czyli sami swoi! - zawołał uradowany brunet.
 Jackson starał się go słuchać, ale nie mógł przestać myśleć o tej rudowłosej dziewczynie, której uratował życie. Merida, tak miała na imię. Chciał ją spotkać jeszcze raz, ale zdał sobie sprawę z tego, że to niemożliwe. Ona była bez wątpienia z pierwszej klasy, a on - z trzeciej. Nawet jeśli ich spotkanie doszłoby do skutku, to o czym by miał z nią rozmawiać? Chyba nie o hazardzie. A dzisiaj? Przecież został zaproszony na kolację. W co on się ubierze? Nie przypominał sobie, aby zabierał ze sobą jakieś eleganckie stroje. W gruncie rzeczy nic nie wziął.
 Jego rozmyślanie, tak samo jak monolog przyjaciela przerwało pukanie do drzwi. Jackson nie miał zamiaru schodzić z łóżka, myślał, że to sprzątaczka lub ktoś w tym rodzaju. Flynn jednak podszedł do drzwi i je otworzył. Chłopak podniósł na chwilę głowę, aby upewnić się w swoich przekonaniach, jednak mylił się. W progu stała ładna dziewczyna w skromnym, lecz schludnym ubraniu. Blond włosy były spięte w sporych rozmiarów warkocza sięgającego ziemi, a duże zielone czy patrzyły radośnie na bruneta.
 - Cześć, Flynn! - zawołała z szerokim uśmiechem, który odsłonił jej białe zęby.
 Jackson nie zauważył przy niej żadnych sprzętów do sprzątania, więc uznał, że to z pewnością dziewczyna, którą poznał kiedy zwiedzał liniowca. Po ubiorze stwierdził, że to również osoba z klasy trzecie. Jedyną rzeczą, która go zdziwiła w wyglądzie blondynki, to były jej nieprawdopodobnie długie włosy.
 Przyjaciel ocknął się z szoku i zaproponował dziewczynie, by weszła do środka. Ta zgodziła się z ochotą i po chwili już siedziała na łóżku, rozglądając się dookoła z zachwytem w oczach. Szatyna nawet nie dostrzegła, z resztą on sam starał się pozostać niezauważony. Jednak w tej chwili ciekawość zwyciężyła.
 - A cóż to za urocza dziewczyna? - zapytał schodząc po szczeblach i stając obok Flynn'a. Blondynka spuściła głowę starając się ukryć policzki pokryte czerwienią.
 - Ma na imię Roszpunka. Spotkałem ją wczoraj i się zaprzyjaźniliśmy. - wytłumaczył lekko zmieszany przyjaciel.
 - Miło mi cię poznać, Roszpunko. - odpowiedział z uśmiechem podchodząc do niej i całując w rękę, jak na dżentelmena przystało. - Jackson Overland. - przedstawił się, a czerwień pokryła całą twarz dziewczyny.
 Flynn odchrząknął i zaproponował nowej znajomej spacer po liniowcu. Roszpunka z chęcią przystała na tę propozycję. Pożegnali się krótkim "cześć" i opuścili kabinę. Jackson wypuścił powietrze z ust i podrapał się po głowie. Postanowił również wyjść. Miał nadzieję, że spotka tą uroczą Meridę i przy okazji może uda mu się coś ukraść, żeby zaspokoić głód.

***

 Merida dotknęła pięknego naszyjnika zawieszonego na jej szyi. "Serce Oceanu" - taką nosił nazwę ze względu na niesamowity niebieski klejnot w kształcie serca. Dziewczyna zachwycała się nim, lecz jej uczucia względem Hansa, od którego otrzymała poprzedniego wieczoru ten prezent, nie poprawiły się. Przyjęła jego oświadczyny, lecz tylko z konieczności, nic nie czuła do tego mężczyzny. 
 Drzwi otworzyły się. Dziewczyna odwróciła się gwałtownie, prawie niszcząc przy tym fryzurę, którą matka jej ułożyła. W progu stała zniecierpliwiona Elinor.
 - Taka piękna pogoda, a ty, Merido, zamknięta tutaj? - powiedziała niemiłym głosem kobieta.
 - Miałam zamiar wyjść. - odpowiedziała cicho dziewczyna i wstała z miejsca.  Starannie nałożyła kapelusz na głowę i wyszła z pomieszczenia nie czekając na matkę. Postanowiła wyjść na pokład. Nie wiedziała jeszcze co dokładnie będzie tam robić, ale skierowała tam swoje kroki.
 Usiadła na pustej ławce i wpatrzyła się w ocean przed sobą. Zastanawiała się, czy wods naprawdę jest tak lodowata jak mówił pan Overland? Co by się stało, gdyby go nie było? Naprawdę by skoczyła? Pokręciła głową i starała się zając myśli czymś innym, przyjemnym.
 - Mogę się dosiąść? - usłyszała pytanie. Ten głos. Tylko jedna osoba ma taką barwę. Tą rzecz zapamiętała najlepiej.
 Podniosła głowę. Miała rację. Przed nią stał Jackson. Jego twarz rozświetlał promienny uśmiech. Była zdziwiona, że taka biedota posiadała piękne, białe zęby. Odwzajemniła gest i przesunęła się, robiąc mu miejsce. Chłopak usiadł, a na kolanach położył beżową teczkę, którą dotąd trzymał pod pachą.
 - Co pana tu sprowadza? - zapytała grzecznie.
 - Piękna dziewczyna. - odpowiedział, po czym spuścił wzrok próbując ukryć to, że się zarumienił. Merida na początku chciała udawać, że tego nie słyszała, ale z jej ust wydobył się zawstydzony chichot.
 - Przejdziemy się? - zaproponował Jackson, kiedy z jego twarzy spłynęła już czerwień. Dziewczyna z chęcią przystała. Ruszyli powolnym krokiem wzdłuż liniowca. Z początku nikt nie chciał się odezwać. Obydwoje milczeli, jakby obok siebie nie mieli drugiej osoby. Merida przyglądała się jak pewien młody mężczyzna negocjował warunki umowy ze starszym panem. Kiedy biznesmen wyczuł jej wzrok i zerknął w jej stronę, natychmiast odwróciła głowę i postanowiła przerwać ciszę panującą pomiędzy nimi.
 - Jeszcze raz dziękuję panu, za uratowanie mi życia. - powiedziała nie doszukując się w swojej głowie niczego, co by brzmiało sensowniej.
 - Drobiazg. - odparł znudzony, po czym odchrząknął. - I proszę, mów mi Jackson. Nie żaden pan. W końcu ile jestem od ciebie starszy? Rok, dwa? Ile masz lat?
 - 18. - odpowiedziała bez wahania.
 - Czyli 2 lata różnicy. Te formalności są naprawdę niepotrzebne. - dziewczyna miała świadomość, że chłopak z niej kpił. Zmarszczyła brwi i wyrwała mu z rąk teczkę.
 - Co tam trzymasz? Jakieś sekretne informacje? - zapytała zaciekawiona i otworzyła. W środku znajdowały się rysunki ludzi w różnym wieku. Wszystkie proporcje były zachowane. Zachwyciła się obrazkiem, na którym widniał staruszek, prawdopodobnie z wnuczkiem, który pokazywał mu różne obiekty przed nimi. Wszystkie uczucia były idealnie odmalowane, czuć było ten zapał z jakim dziecko objaśniało dziadkowi co widzi przed sobą, tą więź łączącą tych dwojga ludzi.
 Spojrzała z uśmiechem na Jackson'a, który dotąd przyglądał się jej i nie zwracał uwagi na oglądane przez nią rysunki jego autorstwa.
 - Są świetne, naprawdę. - powiedziała, kiedy spojrzał jej prosto w oczy. W jego brązowych tęczówkach ujrzała iskierki radości, po chwili kąciki ust powędrowały ku górze i odsłoniły uzębienie. Wpatrywali się z siebie dopóki Merida nie uderzyła stopą w jeden z drewnianych leżaków.
 - Może lepiej będzie, kiedy usiądziemy. - odezwał się szatyn próbując powstrzymać śmiech, lecz na darmo. Po chwili na dosyć dużą odległość można było usłyszeć jego srebrzysty, serdeczny chichot, który towarzyszył chłopakowi dotąd aż usiedli. Przez cały ten czas Merida starała się go uciszyć i niezbyt pokazywała swoją twarz, ponieważ ludzie w promieniu 20 metrów przyglądali się im. Dziewczyna bała się, że pośród nich jest jej matka lub Hans, a gdyby któreś z nich ujrzało ich razem to pozostaje tylko się modlić.
 Panna DunBroch już myślała, że wszystko jest w porządku, jednak Jackson wyprowadził ją z błędu i zaczął śmiać się jeszcze głośniej. Coraz więcej osób spoglądało w ich stronę. Merida zawstydziła się.
 - Naprawdę to takie śmieszne? - syknęła dyskretnie, jednak chłopak nie odpowiedział. - Lepiej stąd chodźmy. - wymruczała wstając i ciągnąc chłopaka za rękaw, który posłusznie poszedł za nią.
 Jackson uspokoił się i patrzył jak Merida z ciekawością i zachwytem ogląda kolejne rysunki jego autorstwa. Dziewczyna natrafiła na obrazek przedstawiający nagą kobietę opartą o barierkę na moście. Wszystkie szczegóły były przedstawione, nie ominął nawet intymnych miejsc.
 - To już musiałeś sobie wyobrazić, prawda? - zapytała wskazując palcem na rysunek. Chłopak zaśmiał się. Merida nie rozumiała co jest takiego śmiesznego w rysowaniu nagości, lecz uśmiech szatyna był zaraźliwy i kąciki jej ust uniosły się ku górze.
 - Nie musiałem. Kobiety we Francji chętnie się rozbierały i w takim stanie mi pozowały. - wytłumaczył jej.
 - Byłeś we Francji? - zdziwiła się dziewczyna. Nie wyglądał na podróżnika, sam jego wygląd dawał pewność, że jest biedny. "Więc jak się tu dostał?" - zapytała sama siebie wiedząc, że bilety były bardzo drogie.
 - Oczywiście. Dwa razy. Tamtejsze kobiety są naprawdę piękne. - odpowiedział chłopak dyskretnie obserwując jej reakcję. Merida poczuła lekkie ukłucie zazdrości, lecz nie wiedziała dlaczego. Nie miała pojęcia czy dlatego, że Jackson skomplementował Francuzki, czy może dlatego, że był w kraju, o którym marzyła, pragnęła tam pojechać chociaż na parę dni. Spróbować francuskiego szampana, poczuć zapach francuskich perfum.
 - Nie chciałabym cię urazić, ale twój stan trzeciej klasy nie oznacza bogactwa.
 - Za wiele nie straciłem. Była okazja, więc nie traciłem czasu.
 - Jak to? - zapytała prawie falsetem, rozszerzając oczy z zaskoczenia. Nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Myślała, że opowie jej, jak długo i ciężko pracował, żeby w końcu uzbierać odpowiednią kwotę, aby pojechać do rodziny we Francji. Jednak zaczęła się przekonywać do tego, że nie miał specjalnego powodu, żeby wyjeżdżać.
 - Za pierwszym razem siedziałem na ulicy wygłodzony, bez dachu nad głową. Akurat przechodził jegomość i portfel mu wypadł z kieszeni prosto pod moje nogi. Wziąłem do ręki, otworzyłem i wyciągnąłem stamtąd banknot 20-dolarowy i bilet drugiej klasy do Francji. Portfel oczywiście oddałem. - opowiedział. - Za drugim razem postanowiłem użyć podstępu. Rozczochrałem włosy, pobrudziłem twarz i ręce i ubrałem się w stare, brudne łachmany. Ukradłem portfel przypadkowej kobiecie, uciekłem i doprowadziłem się do stanu czystości. Nie rozpoznała mnie, a ja ponownie wyjechałem do Francji.
 Merida patrzyła na chłopaka oburzona. Nie miała pojęcia z kim ma do czynienia. Zdążyła w pewnym stopniu nawiązać z nim nić sympatii, jednak po ujawnieniu się tożsamości Jacksona, nie wiedziała co myśleć o nim i ich relacjach.
 - Bilet na Titanica zapewne również ukradłeś, prawda? - stwierdziła podnosząc prawą brew do góry. Już nic by ją nie zdziwiło.
 - Nie. Wygrałem uczciwie w pokera. - odpowiedział poważnie. Dziewczyna już chciała zakomunikować mu, że hazard nie jest uczciwy, kiedy chłopak dodał z uśmiechem - Kantując.
 - Najlepiej zmieńmy temat. - powiedziała szybko. - Naprawdę wystarczyło im powiedzieć, żeby się dobrowolnie rozebrały?
 - Oczywiście. -odparł znudzonym głosem Jackson i utkwił wzrok w niebo.
 - Tą kobietę rysujesz bardzo często. Czego szczególnego się w niej doszukałeś? - zapytała, ponownie czując lekkie ukłucie zazdrości.
 - Jej charakter był niesamowity, miała również piękne dłonie, ale była bez nogi. Widzisz? - przewrócił kartkę, która odsłoniła kolejny rysunek tej kobiety. Leżała na ziemi owinięta w zwiewny materiał, który zasłaniał jej piersi i kawałek brzucha. Merida od razu zauważyła brak prawej kończyny. Zamknęła teczkę i zwróciła ją chłopakowi nie chcąc oglądać większej ilości portretów. Zastanawiała się nad tematem, który byłby najbardziej odpowiedni, lecz jej przemyślenia przerwało charczenie Jacksona. Szatyn zbliżył się do barierki i wypluł zawartość swoich płuc. Na twarzy dziewczyny malowało się obrzydzenie. Chłopak odwrócił głowę w jej stronę, a na jego ustach pojawił się uśmiech.
 - Naprawdę ta czynność jest konieczna? - zapytała z niesmakiem.
 - Tak, jeśli chcesz poprawnie oddychać. Mogę cię nauczyć, jeśli oczywiście chcesz. W niektórych przypadkach bardzo się przydaje. - odpowiedział.
 - Chyba żartujesz! Jestem damą, a damie nie przystoi takie zachowanie. Co by na to powiedziała moja matka?
 - A widzisz gdzieś tu swoją matkę? - zapytał rozglądając się.
 - To nieistotne czy jest tu, czy nie. Co powiedzą ludzie,  kiedy zobaczą pannę z pierwszej klasy wypluwającą do morza swoją wydzielinę z płuc. - mimo że Merida bardzo się starała, nie mogła powstrzymać uśmiechu, który wdarł się na jej usta na samą myśl o tym.
 - Zbyt bardzo się przejmujesz opinią innych. Daj się ponieść. Tylko raz. Obiecuję, że więcej cię do niczego takiego nie namówię. - Jackson spojrzał na nią błagalnym wzrokiem.
 - No dobrze. - wyszeptała, a później dodała głośniej. - Ale tylko raz.
 - Oczywiście. - szatyn pokiwał głową i przystąpił do dawania jej lekcji z plucia.
 Po kilku minutach w końcu jej się udało.
 - Och, jak daleko poleciało? Ale poczekaj, zrób o tak. - zanim zdążył całkowicie wypuścić ślinę z ust, zza ich pleców doszedł odgłos chrząknięcia z nutką niezadowolenia. Obydwoje odwrócili głowy.
 - Mamo. - wyszeptała Merida.

******

 No, długo tu mnie nie było. Ale rozdział w końcu jest. Przepraszam, że nie dotrzymałam obietnicy i nie umieściłam tu tej kolacji, ale stwierdziłam, że się jeszcze zanudzicie. Jednak tym razem obiecuję, że w następnym rozdziale napiszę już tą kolację do momentu karteczki. 

czwartek, 12 marca 2015

Rozdział 3

 Jackson odmówił jedną modlitwę, którą pamiętał z dzieciństwa, kilka razy. Miał nadzieję, że to pomoże. Powoli tracił siły. Wyszeptał "Amen." i ostatkiem sił wciągnął dziewczynę. Był zaskoczony, że mu się udało. Postanowił, że w podzięce będzie chodził do kościoła raz w tygodniu. W końcu modlitwy uratowały nie tylko jego, ale i tą dziewczynę.
 Spojrzał na nią. Panna była wycieńczona, lecz na jej twarzy był widoczny cień ulgi. Oddychała głęboko. Była w szoku po przeżytym strachu, nie lepiej czuł się Jackson. Atmosfera stała się bardzo napięta, żadne z nich nie chciało nic powiedzieć, a nie wypadało odejść bez słowa. Chłopak czekał chociaż na słówko podziękowania, na które mógłby skromnie odpowiedzieć "Nie ma za co." i rozstaliby się bez skrępowania.
 Nagle dziewczyna złapała się za brzuch i oparła ręką o poręcz. Zaskoczony szatyn przyglądał jej się. Nie wiedział co się jej stało. Chciał jej pomóc, ale nie miał pojęcia jak. Podszedł do niej i przytrzymał jej drugą dłoń.
 - Czy wszystko w porządku? - zapytał niepewnie. Dziewczyna spojrzała na niego mętnym wzrokiem i zemdlała. Chłopak wystraszył się. Tuż przed zetknięciem się jej ciała z podłogą, złapał ją i położył. Uklęknął i sprawdził czy oddycha. Nie oddychała. W tej chwili był naprawdę przerażony. Przecież jak ktoś go teraz zobaczy, to lepiej nie myśleć co się stanie.
 Delikatnie poklepał ją po policzku, jednak ona nie reagowała. Musiał coś wymyślić, żeby przywrócić jej przytomność. Przypomniał sobie co kiedyś usłyszał na targowisku: " - Jedna dziewczyna zemdlała i musieli uciskać jej klatkę piersiową, by oddech przywrócić. Nawet pan sobie nie zdaje sprawy, jakie to krępujące było. "
 - Należy uciskać klatkę piersiową. - stwierdził po chwili namysłu i już miał do tego przystąpić, kiedy spojrzał na jej talię. Była bardzo szczupła. Zauważył rozpięcie z tyłu ciała. Delikatnie odwrócił ją i spostrzegł mocno zawiązany gorset. Sukienka była rozpięta, zapewne próbowała poluzować go sobie. Bez namysłu rozwiązał sznurówki i poluzował je. Z powrotem odwrócił ją na plecy i nachylił się nad nią. Stwierdził, że musi wpuścić jej jakoś powietrze do gardła, a najlepszym rozwiązaniem były usta. Niewiele myśląc rozchylił jej lekko wargi, przyłożył swoje usta do niej i wykonał jej wdech a jego wydech. Dziewczyna zaczęła kaszleć. Uradowany usiadł i przyglądał się jak otwiera oczy i również siada.
 - Merida! - usłyszał krzyk i pewien młody mężczyzna podbiegł do nich. Odepchnął Jacksona i pomógł wstać dziewczynie. Panna wtuliła się w niego, na jej twarzy widniało zdumienie, jakby nie spodziewała się go tutaj.

***

 Merida usłyszała jak ktoś wykrzykuje jej imię i po chwili przy niej znalazł się Hans. Odepchnął chłopaka i pomógł jej wstać. Dziewczyna była zaskoczona, jeszcze przed chwilą myślała, że nikogo nie zainteresuje co się z nią stanie, a jednak. Pozwoliła się przytulić, lecz gest odwzajemniła tylko na chwilę. Usłyszała głos swojej matki i jeszcze jeden, męski.
 - Merido, kochanie, nic ci nie jest? Co on ci robił? - spojrzała z wyrzutem na szatyna, który uratował jej życie.
 - Czy pan wie, co panu grozi za coś takiego? - odezwał się kapitan stając po stronie Elinor i złapał go za ramię. Chłopak szybko się wyrwał i prychnął oburzony.
 - Chyba pan nie myśli, że mógłbym zrobić coś takiego? Ja tylko pomogłem pannie Meridzie. - odparł spoglądając na dziewczynę.
 - Kim jesteś? Bo sądząc po stroju nikim ważnym. - zapytał Hans zbliżając się do niego.
 - Nazywam się Jackson Overland i zaręczam, że nic niewłaściwego nie zrobiłem.
 - Zależy co pan uważa za niewłaściwe. - odpowiedziała pani DunBroch. Merida natychmiast zareagowała.
 - Pan Overland nic nie zrobił. Po prostu przywrócił mi przytomność. - odezwała się patrząc na Jacksona z cieniem uśmiechu i wdzięczności w oczach. Matka przyłożyła sobie dłoń do ust, próbując ukryć, że są otwarte, oczy jej się rozszerzyły. Podeszła do córki i delikatnie położyła rękę na jej ramieniu.
 - Jak to przywrócił przytomność? Dlaczego zemdlałaś? - spytała zaskoczona. Merida rozważała ile prawdy jej powiedzieć. Nie mogła wyjawić, że specjalnie się wychyliła, że chciała wskoczyć do oceanu i odejść z tego świata.
 - Z przeżytego strachu. Wychyliłam się i prawie wypadłam. Gdyby nie pan Jackson, jużbym mogła nie żyć. - odpowiedziała zgodnie z prawdą. Hans patrzył na nią nieprzekonany, podobny wzrok miał kapitan.
 - A dlaczego panienka się wychyliła? - zapytał podejrzliwie brodacz. Merida przełknęła ślinę. Jak na to miała odpowiedzieć? Wytężała mózg, ale nic nie przychodziło jej do głowy.
 - Chciałam zobaczyć... - spojrzała na drzwi, na których były... - śruby. - popatrzyła na kapitana, który potarł kciukiem swoją brodę w zadumie.
 - Chciała zobaczyć śruby! - roześmiał się Hans, jakby było to najgłupszą rzeczą, jaką mogła powiedzieć dama. Właściwie było.
 - No cóż, w każdym razie należy okazać wdzięczność panu Overlandowi za uratowanie pańskiej narzeczonej. - odezwał się kapitan i odszedł. Narzeczonej? - pomyślała Merida z lekkim obrzydzeniem. Nie miała zamiaru za niego wychodzić jednak wiedziała, że to jej obowiązek.
 - Dobrze. - zgodził się książę i wyciągnął portfel. Włożył banknot 20-dolarowy w dłonie Jacksona. - Tyle powinno wystarczyć.
 - Hans, to tyle jest warte moje bezpieczeństwo? - zainterweniowała dziewczyna. Nie chciała, aby jej przyszły narzeczony odprawił jej bohatera z niczym. Miała nadzieję, że mężczyzna zrobi coś więcej.
 - Masz rację. - odpowiedział z fałszywym uśmiechem, który panna od razu zauważyła. - Jutro wieczorem urządzam przyjęcie z pewnej okazji. Czuj się zaproszony. - powiedział po czym wziął Meridę pod rękę i odeszli. Dziewczyna zastanawiała się z jakiej okazji ma być to przyjęcie. Może w związku z jego kolejnym interesem? Postanowiła nie pytać, następnego dnia się dowie.

***

Trochę krótki, ale nie martwcie się. Następny rozdział będzie długi i opisze cały dzień łącznie z przyjęciem. Do następnego.

niedziela, 8 marca 2015

Rozdział 2

 Merida z wdziękiem schodziła po schodach. Na dole czekał na nią Hans, toteż nie śpieszyła się. Jej matka chwilę temu zniknęła za drzwiami luksusowej restauracji, pozostawiając ich samych. Kiedy wreszcie znalazła się przy mężczyźnie, na jego twarzy można było dostrzec cień zniecierpliwienia i niezadowolenia. Dziewczyna miała ochotę uśmiechnąć się triumfalnie, jednak powstrzymała się, pokornie kłaniając się tuż po tym, jak uczynił to książę. Udała się wraz z nim do odpowiedniego stolika, przy którym siedziała arystokracja. Hans odsunął jej krzesło, a on usiadła, po czym sam zajął miejsce obok niej.
 Merida długi okres czasu nie jadła porządnie, gdyż jej matka nie pozwalała na to. Chciała, aby jej córka wyglądała pięknie na kolacji, więc nie mogła sobie pozwolić na jedzenie do syta. Teraz ze zniecierpliwieniem czekała na kelnera, u którego będzie mogła złożyć zamówienie. Nie musiała patrzeć w kartę dań, aby wiedzieć co wybrać. Miała ochotę na krewetki. Było to jej ulubione danie odkąd po raz pierwszy spróbowała je 3 lata temu. Wiedziała, że zamówienie jest możliwe, gdyż idąc do stolika, zauważyła je na talerzu pewnego otyłego jegomościa.
 Kelner chwilę później pojawił się przy jej boku. Ukłonił się i spytał, czy już wybrała potrawę z menu. Zwrócił się do niej per panna. Zabawne, pomyślała, wchodzę tu jako panna, wyjdę jako narzeczona, a powrócę będąc żoną.
- Poproszę krewetki. - odpowiedziała z uprzejmym uśmiechem starając się ukryć, jak bardzo jest głodna. Matka spojrzała na nią rozszerzonymi oczami. Miała nadzieję, że córka wybierze wraz z księciem danie pod tytułem "Potrawa dla zakochanych". Nie do końca wiedziała jak wygląda, ale składniki były takie jakie lubi Merida i niezbyt tuczące.
 Kelner ponownie się schylił i obsłużył resztę klientów przy tym stoliku. Kiedy odszedł, rozmowy powróciły. Głównie były to komentarze na temat liniowca. Merida starała się dyskretnie poluzować gorset, aby nie zaciskał się tak bardzo na jej brzuchu, lecz Elinor zauważyła gest i niezauważalnie złapała ją za rękę, uniemożliwiając jej rozsznurowanie ubrania. Dziewczyna spojrzała na matkę błagającym wzrokiem, lecz dama nie ustąpiła. Rudowłosa panna westchnęła i spuściła wzrok. Po chwili pani DunBroch puściła ją i wyprostowała się.
- Pani Elinor, proszę nam powiedzieć, które danie jest bardziej tuczące? - odezwała się hrabina Meyer, tym samym włączając kobietę do rozmowy. Merida na chwilę mogła odetchnąć. Od tego hałasu bolała ją głowa. Zanim weszła na statek, nie czuła się najlepiej. Udała, że poprawia włosy, a w rzeczywistości dotknęła palcami czoła, aby sprawdzić, czy nie ma gorączki. Dodatkowo dyskretnie wyjęła wsuwkę, która bardzo ją kłuła w skórę głowy. Efekt fryzury pozostał taki sam, jednak brak tej rzeczy był widoczny szczególnie dla matki, która spojrzała na nią z niezadowoleniem w oczach.
- Proszę - kelner ułożył przed nią talerz krewetek. Dziewczyna patrzyła na nie łakomym wzrokiem. Spojrzała na matkę. Patrzyła na nią nieprzychylnym wzrokiem. Jej wzrok przesunął się na Hansa. Wyglądał jakby chciał coś jej powiedzieć, a raczej ją pouczyć, ale nie potrafił się na to zdobyć ze względu na arystokratów siedzących przy tym samym stole.
- Wyprostuj się. - usłyszała wyniosły rozkaz dochodzący z prawej strony. Zaciekawiona chciała zobaczyć, kto śmie kazać jej coś robić poza jej matką. Jej wzrok natrafił na elegancką kobietę z dziewczynką przy boku. Młoda osóbka siedziała wyprostowana jak struna i rozkładała chustkę na swoich kolanach nawet na nią nie patrząc. Była tak wyuczona, że oczy nie były jej potrzebne do idealnego wykonania poszczególnych czynności. Na ten widok zabolało ją w sercu. Przyszła jej do głowy myśl, kim ona właściwie jest? Służącą własnej matki? Bez wolności? Merida nawet nie wiedziała co to słowo znaczy. Być wolną? Czyli żadnych zasad? Ale na to z pewnością nie zgodziłaby się jej matka, nie dałaby ani odrobiny swobody, tylko przyglądałaby się zimnym spojrzeniem, jak jej własna córka cierpi.
 Kiedy sobie to uświadomiła, miała ochotę umrzeć. Może wtedy zakosztowałaby prawdziwej wolności? Skoro nikogo nie obchodziło co robi, to może nie zauważą, że nie wykonuje żadnej czynności oprócz leżenia martwej? Albo pływania? Ciekawe kto by się zainteresował, gdyby wypadła za burtę? Ktoś by ją uratował?
 Spojrzała na swoją matkę. Patrzyła na nią karcącym wzrokiem. Przekierowała wzrok na księcia. Spoglądał na nią z góry. Reszta dam i panów ignorowała ją, byli zajęci rozprawianiem o własnych problemach. Miała odpowiedź. Nikt nie rzuciłby się jej na ratunek. Pozwoliliby żeby się utopiła, żeby umarła. Ale o to jej właśnie chodzi. Chce umrzeć i ma ku temu okazję, dlaczego nie korzysta? Rzuciła ostatni raz spojrzenie na całą salę, po czym patrząc w przenikliwe oczy Elinor wstała, przewracając z hukiem krzesło i zwracając na siebie uwagę najbliższych stołów, przy okazji tego, przy którym siedziała. Nie miała czasu się zastanawiać, ani patrzeć ile osób ją obserwuje. Wybiegła przed otwarte drzwi zanim ktoś zdążył się odezwać.

***

 Jackson leżał na ławce i wpatrywał się w gwiazdy. Słyszał o gwiazdozbiorach, ale nie miał ochoty ich szukać po niebie. Przyszedł w to miejsce żeby móc rozmyślać w samotności. Raz na jakiś czas potrzebował tego. Zastanawiał się nad tym, co zrobić kiedy już dopłyną do Ameryki. Gdzie pójdą? Wiele razy pytał się o to Flynn'a, ale przyjaciel wiedział tyle samo co on, czyli nic. Chciał się wyluzować. Wyciągnął z kieszeni spodni paczkę papierosów. Został mu tylko jeden, oprócz tego, którego postanowił wypalić w tej chwili. Stwierdził, że ostatniego zapali dopiero po zdobyciu dziewczyny... albo kilku... i to na tym statku. Ponownie przemyślał to i parsknął śmiechem.
- Zaczynam myśleć jak Flynn. - wymamrotał z papierosem w ustach. Pokręcił głową z uśmiechem i zaciągnął się. Od razu poczuł się lepiej. Przyszłość przestała go interesować. Liczyła się tylko teraźniejszość. Uśmiechnął się szerzej. Właśnie o to mu chodziło.
 Wstał z ławki i podszedł do poręczy. Wpatrywał się w ocean. Zaczynało się robić chłodno. Po plecach przeszedł mu dreszcz. Zapewne woda była lodowata. Jeśli miałby wybierać pomiędzy życiem w biedzie, może nawet pewnego dnia w więzieniu, a wskoczeniem do oceanu w celu utopienia się i odejścia z tego świata, zdecydowanie wybrałby więzienie. Nie rozumiał dlaczego ludzie odbierają sobie tą cudowną rzecz, jaką jest życie. Przecież nie dostaną drugiej szansy.
 Usiadł na ławce i położył się. Ponownie wpatrywał się w gwiazdy. Zastanawiał się jak to jest latać. Z pewnością to cudowne uczucie, ten wiatr przeszywający ciało lodowatym chłodem. Wzdrygnął się. Może jednak odmówi sobie tego marzenia.
 Spojrzał na papierosa. Kończył mu się. Postanowił, że jak już wypali to pójdzie poszukać Flynn'a, przy nim nie można się nudzić. Może jest w kajucie i czeka na niego, aby mu opowiedzieć co widział? Lub bawi się pod pokładem. Druga wersja wydała mu się bardziej prawdopodobna.
 Nagle usłyszał stukanie obcasów, jakby kobieta biegła. Na początku chciał to zignorować, dużo jest tu dam, które się śpieszą. Lecz odgłos był coraz głośniejszy, co oznaczało, że osoba się zbliża. Ale przecież nie było tu nikogo, po co by miała tak się śpieszyć? Może wpadł którejś pannie w oko i teraz go szuka? Uśmiechnął się na tą myśl. Jednak kobieta przebiegła tuż obok niego nie zwracając na niego najmniejszej uwagi. Jackson natychmiast zgasił papierosa i wstał, patrząc na poczynania damy.
 Nie była stara, wręcz przeciwnie, może była w jego wieku? Ubrana była w długą suknię. Było zbyt ciemno, żeby określić więcej szczegółów. Lecz w tym momencie nie obchodziło chłopaka jak wyglądała. Bardziej interesowało go co robiła, a mianowicie bez zastanowienia zaczęła wspinać się na poręcz i przechodzić na drugą stronę rufy. Jackson stwierdził, że chyba oszalała. Chciała się zabić? Wskoczyć do tej lodowatej wody i utonąć? O nie, nie mógł na to pozwolić.
 - Na twoim miejscu bym tego nie robił. - odezwał się będąc kilka metrów od niej, już pozbawiony kamizelki. Osoba odwróciła się. Okazała się ładną młodą dziewczyną, sądząc po stroju, z pierwszej klasy. Jak ktoś tak atrakcyjny i bogaty mógłby pragnąć śmierci? Szatyn tego nie rozumiał.
 - Skąd możesz wiedzieć co czuję? Nie znasz mnie. - odparła dumnym głosem. Każda tak mówi. Jackson miał ochotę się roześmiać, ale powstrzymał się.
 - Wiem, że się nie znamy, ale ja ci dobrze radzę. Woda jest lodowata, wpadnięcie do niej, nawet zamierzone, nie jest przyjemnym doświadczeniem. - stwierdził mając nadzieję, że dziewczyna się wycofa. Jednak na efekt musiał chwilę poczekać.
 - Skąd wiesz? Zdażyło ci się to już? - spytała nachylając się bardziej.
 - Gdybym wpadł do takiej wody, nie przeżyłbym, więc otrzeźwij swój rozsądek i odejdź od rufy. - odpowiedział.
 - Nie masz prawa mi rozkazywać! - krzyknęła, ale przylgnęła plecami do poręczy. Widać było, że zaczyna się wahać. To był już postęp.
 - Masz rację, nie mam. Ale wiedz, że nic nie jest warte poświęcenia swojego życia. To po prostu głupota robić takie rzeczy.
 - Uważasz, że jestem głupia? - zawołała wzburzona. Jackson przewrócił oczami. Dziewczyna zaczynała go denerwować, a przecież chciał jej pomóc. Zaczął się powoli zbliżać do niej.
 - Co ty robisz? Natychmiast się odsuń! - rozkazała. Na jej twarzy malował się strach.
 - Uświadamiam cię, że jeśli ty wskoczysz do wody, ja wskoczę za tobą. Chyba nie chciałabyś mieć mnie na sumieniu? - odpowiedział spokojnie chłopak nieprzerwanie się przybliżając.
 - Zatrzymaj się, albo wskoczę. - dziewczyna najwyraźniej zrozumiała, o co chodzi Jackson'owi. Chłopak stanął, ale zaczął ściągać buty. Kiedy obuwie leżało już obok niego, miał zamiar ściągnąć też koszulę.
 - Nie, stop! Nie chcę cię widzieć w nagości. - odparła z niesmakiem.
 - Przecież to mają być twoje ostatnie momenty życia. Nie powinno ci być wszystko jedno? - zapytał udając zdezorientowanie. Dziewczyna zacisnęła palce na poręczy i westchnęła.
 - Dobrze, pozwolę ci się wciągnąć. - odpowiedziała próbując się odwrócić do niego przodem. Jackson odetchnął z ulgą. Udało mu się uratować ludzkie życie.
 Niewiele myśląc podbiegł do niej i złapał za jedną rękę. Miała takie delikatne dłonie. Zauważył, że była boso. Zapewne zgubiła buty po drodze. Kiedy się odwróciła, zaczął ją ostrożnie ciągnąć w górę i jednocześnie do siebie. Trzymał ją za obie ręce. Nagle poślizgnęła się i gdyby nie on, wpadłaby do wody. Zaczęła krzyczeć. Jackson'owi wbiła się poręcz w brzuch. Starał się ją utrzymać i jednocześnie uspokoić, najpierw samego siebie później ją. Przed chwilą uważał się za bohatera, teraz od niego zależało życie ich obojga. Poczuł, że już nie dotyka podłogi. Trzymał się bosymi stopami dolnych rur poręczy. Bał się, że nie utrzyma jej. Musiał wytrzymać, inaczej zostałby ukarany za jej śmierć. Czuł po brzuchu, że zsuwał się w dół. Gdyby tylko ona przestała się szamotać i uciszyłaby się. Byłoby prościej, może już byliby bezpieczni. A tak to marne szanse na przeżycie. Choć nigdy tego nie robił, teraz zaczął się modlić do Boga o pomoc, o siłę. Czy na próżno?

***

Ci, którzy oglądali Titanica, a zapewne wszyscy oglądali, wiedzą co się stanie. Dziękuję za te dwa komentarze zostawione pod poprzednim postem. Może innych zdziwiłaby moja radość, w końcu jest tylko 2, a nie 50, ale mnie każda liczba cieszy i uważam to za duży sukces. Pozdrawiam serdecznie osoby, które skomentowały i liczę na dalszą aktywność. Jeszcze raz dziękuję.

piątek, 20 lutego 2015

Rozdział 1

 Z oddali można było usłyszeć gwar ludzi stłoczonych przy statku, których nie stać było na bilet, aby popłynąć nim do Ameryki. Zanim karoca dotarła na miejsce, musiała przebić się przez niezliczony tłum z niższych sfer. Merida nie miała ochoty nawet odsunąć zasłonę. Nie chciała spojrzeć w oczy tym biednym ludziom, mającym swoje rodziny na drugim kontynencie, jednak nie mogącym sobie pozwolić na powrót do domu. Ona z chęcią oddałaby komuś swoją przepustkę na wejście na statek. Pierwszym powodem był lekki strach przed tak ogromnymi środkami transportu, poruszającymi się na dodatek po wodzie, a ten, znany jako Titanic, był imponujących rozmiarów. Spoglądnęła dyskretnie znad wachlarza na przystojnego mężczyznę, siedzącego obok niej. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, natychmiast odwróciła wzrok. Widząc to, jej matka, Elinor, jedynie się uśmiechnęła. Miała nadzieję na szybkie zaręczyny tej pary i ich późniejszy ślub. Zaowocowało by to wzbogaceniem się ich rodziny. Mąż damy, a ojciec Meridy, umarł pozostawiając swej żonie nazwisko i sporo długów do spłacenia. Elinor liczyła, że jeśli córka szybko wyjdzie za mąż za bogatego jegomościa, to uratuje ich z kłopotów finansowych. Bardzo trafnie wybór padł na Hansa, księcia Nasturii. Był 13 synem króla tego państwa, więc o zajęciu tronu nie mógł nawet pomarzyć, jednak kobiecie to nie przeszkadzało. Był bogaty, hojny i najwyraźniej oczarowany wdziękiem Meridy. To dzięki niemu miały okazję do popłynięcia tym wspaniałym liniowcem do Ameryki, gdzie ma się odbyć ślub księcia i jej córki, a zaręczyny podczas podróży. Pierwotnie wesele miało mieć miejsce tu, w Anglii, a rejs stanowiłby część miesiąca miodowego. Jednakże dziewczyna nie chciała wychodzić za mąż. Matka tłumaczyła to zachwytem na myśl o zbliżającej się podróży, ale to odbiegało od prawdy. Merida nie była zadowolona z tego powodu i z radością zostałaby w domu. Elinor bezskutecznie próbowała jej wmówić, że to niepowtarzalna okazja, aby uratować dobre imię ich rodziny. Córka wciąż pozostała niechętna, na dodatek znacznie pogorszyły się ich stosunki.
 Powóz zatrzymał się. Stangret otworzył drzwiczki i ukłonił się. Pierwszy wysiadł Hans, aby pomóc zejść pozostałym damom. Najpierw w drzwiach pojawiła się Elinor. Spojrzała na ogromny statek z zachwytem w oczach. Po zejściu ze schodka rzekła:
-A więc to jest Niezatapialny Titanic.
 Merida po chwili stanęła obok niej, wciąż trzymając pod rękę księcia. Robiła to tylko z grzeczności, najchętniej wyrwałaby się i uciekła z tego miejsca. Nasunęła kapelusz na czoło, tak aby zakrywał jej widok na liniowiec i otaczających go ludzi. Dopiero na kładce prowadzącej do wejścia podniosła wzrok. Musiała na chwilę przystanąć, aby ogarnąć wzrokiem cały statek. Zachwyciła się przepychem, lecz tuż przed końcem kładki się opanowała i ponownie przybrała kamienną twarz. Udawała, że to nie zrobiło na niej wrażenia, jednak po wejściu do środka, aż zachłysnęła się powietrzem na widok luksusu tego miejsca.
-Jest niesamowity, prawda? - zagadnął Hans, widząc jej zauroczenie, uznał, że to doskonały pretekst, aby zacząć rozmowę i w pewien sposób zbliżyć się do dziewczyny.
-Tak, bardzo kunsztowne wykonanie. - odpowiedziała dumnie, po czym zamilkła.

***

-Zagrajmy jeszcze raz, Jack. Tym razem wygrany bierze 100 funtów i bilet na Titanica. - powiedział Steve dokładając 20£ i przepustkę na statek.
-Overland, jeśli wygrasz będę mógł popłynąć z tobą. Jeden już wygrałeś. - stwierdził z entuzjazmem Flynn, patrząc pożądliwie na bilet.
 Chłopak dał się przekonać. Rozpoczęli kolejną rozgrywkę. Jackson oszukiwał, jak zawsze. Podobnie jak jego najlepszy przyjaciel, był kanciarzem i złodziejem. Udało mu się zdobyć kawałek papieru, dzięki któremu mógł bezkarnie wejść na pokład wspaniałego liniowca. Wygranie następnego nie było dla niego kłopotem. Ukrył w rękawie szczęśliwą kartę i po paru minutach gry, bilet i funty były w jego dłoni. Zadowoleni przyjaciele zaczęli się zbierać, ponieważ za 5 minut Titanic odpływał.
-Dziękuję za wspaniałą grę. Jesteście świetnymi graczami. - stwierdził z ironią w głosie Jackson.
-Oszukiwałeś! Ty kanciarzu! - wrzasnął Steve wywalając stół ze złości.
 Flynn pozbierał resztę pieniędzy, które, przez furię mężczyzny, znalazły się na ziemi. Steve i jego 2 przyjaciół zbliżali się do chłopaka ze wściekłymi minami. Jeden z nich wyciągnął pistolet z kieszeni i wymierzył do Jacksona. Już miał go zastrzelić, ale na szczęście udało im się uciec. Kulka trafiła w szybę, rozbijając ją. Przyjaciele powkładali pieniądze do kieszeń i zaczęli biec w stronę liniowca, który za parę sekund odpływał. W ostatnim momencie przebiegli przez kładkę, pokazali bilety trzeciej klasy i zostali wpuszczeni na pokład. Flynn i Jackson przybili sobie piatkę, bardzo zadowoleni, że udało im się przybiec na czas, po czym ruszyli na poszukiwanie przydzielonej im kabiny.
-Jack, to niepowtarzalna okazja. Zaledwie wczoraj spaliśmy pod mostem, a dziś płyniemy najbardziej luksusowym statkiem. - powiedział uśmiechnięty brunet spoglądając na szatyna, kiedy znaleźli się w miejscu, gdzie mieli spać. - Ja śpię na górze! - zawołał wdrapując się po drabince na łóżko.
-Przecież to ja wygrałem bilety. Ale jak chcesz. - odpowiedział Jackson i ułożył się na świeżo wypranej, białej pościeli. - Zamierzam teraz odespać wszystkie noce spędzone bez dachu nad głową.
-To powodzenia, bo było ich sporo. - zachichotał Flynn, schodząc z łóżka z zamiarem zwiedzenia liniowca. - Kiedy się obudzisz będę... na Titanicu. - roześmiał się i wyszedł.
 Jackson uśmiechnął się i pomyślał, że chyba nikt nie ma takiego szczęścia jak oni. Spróbował wyobrazić sobie, jakby to było, gdyby był szlachetnie urodzony i bogaty. Zapewne nazywał by się Francisco Munerotta, ubierałby się w najlepsze garnitury, sypiał na złocie i byłby wielkim zapatrzonym w siebie snobem. Parsknął śmiechem na tą myśl i przekręcił się na bok z zamiarem zapadnięcia w drzemkę.

***

 Merida nachyliła filiżankę i z gracją wzięła łyczek. Denerwowała ją myśl, że matka zmusza ją do małżeństwa. Postanowiła jednak słuchać jej we wszystkim, ponieważ była jedyną bliską osobą, która jej pozostała. Nie chciała wychodzić za mąż, ale wiedziała, że jej obowiązkiem jest zgodzić się i uratować nazwisko, którego po ślubie i tak nie będzie nosić. Wolała się nazywać Merida Nasturia niż DunBroch. Kiedy jej ojciec jeszcze żył, z dumą nosiła swoje nazwisko, jednak teraz chciałaby nazywać się jakkolwiek inaczej.
 Dziewczyna zauważyła swoją matkę, szukającą pewnej rzeczy. Natychmiast odłożyła filiżankę na spodek, wstała z miejsca i podeszła do kobiety.
-Szukasz czegoś, matko? - zapytała bez cienia zainteresowania.
-Naszyjnika. Tego, którego Hans ci podarował. Pasuje do twojej nowej sukni, a tym samym sprawisz radość swojemu narzeczonemu, że nosisz jego podarki. - odpowiedziała spokojnie Elinor.
-Hans nie jest moim narzeczonym. - zaprzeczyła Merida, choć wiedziała, że w tym momencie powinna przytaknąć i pomóc szukać.
-To tylko kwestia czasu, kochana. - odpowiedziała kobieta, nachylając się nad szufladą. - Ach, tu jest. - wyciągnęła piękny srebrny naszyjnik.
 Podeszła do manekina, na którym wisiała niebieska suknia. Miała bufiaste, krótkie rękawy, sięgała ziemi i była błyszcząca. Merida utkwiła wzrok w miejscu, gdzie materiał opina się ciasno wokół talii, by niżej wypłynać kaskadą połyskujacych falban. Owszem, suknia była przepiękna, ale wiedziała, że się w nią nie zmieści. Elinor przewidziała to, ponieważ wyciągnęła gorset i podeszła z nim do córki.
-Rozbierz się. Czas, abyś się należycie ubrała na przyjęcie. - rozkazała kobieta.
 Dziewczyna posłusznie ściągnęła sukienkę i stanęła w samej bieliźnie przed matką. Dama nałożyła jej gorset i ciasno zawiązała. Merida wciągnęła brzuch i starała się nie oddychać głęboko. Zrobiło jej się gorąco, wręcz duszno, ale Elinor nie zwróciła na to uwagi. Pomogła jej włożyć suknię i upięła włosy. Zrobiła córce lekki makijaż i podała niebieskie pantofelki na obcasach. Zapięła Meridzie na szyi naszyjnik i stanęła kilka metrów przed nią.
-Obróć się. - nakazała.
Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie. Obróciła się dwa razy wokół własnej osi tak szybko jak tylko potrafiła. Gorset nie pozwalał na pełne odetchnięcie, a suknia krępowała ruchy. Na szczęście pantofelki były wygodne i komfortowe, inaczej Merida nie wytrzymałaby ani minuty dłużej.
-Wyglądasz przepięknie, córko. Książę będzie Tobą oczarowany. - powiedziała z zachwytem Elinor ustawiając ją przed ogromnym zwierciadłem.