czwartek, 12 marca 2015

Rozdział 3

 Jackson odmówił jedną modlitwę, którą pamiętał z dzieciństwa, kilka razy. Miał nadzieję, że to pomoże. Powoli tracił siły. Wyszeptał "Amen." i ostatkiem sił wciągnął dziewczynę. Był zaskoczony, że mu się udało. Postanowił, że w podzięce będzie chodził do kościoła raz w tygodniu. W końcu modlitwy uratowały nie tylko jego, ale i tą dziewczynę.
 Spojrzał na nią. Panna była wycieńczona, lecz na jej twarzy był widoczny cień ulgi. Oddychała głęboko. Była w szoku po przeżytym strachu, nie lepiej czuł się Jackson. Atmosfera stała się bardzo napięta, żadne z nich nie chciało nic powiedzieć, a nie wypadało odejść bez słowa. Chłopak czekał chociaż na słówko podziękowania, na które mógłby skromnie odpowiedzieć "Nie ma za co." i rozstaliby się bez skrępowania.
 Nagle dziewczyna złapała się za brzuch i oparła ręką o poręcz. Zaskoczony szatyn przyglądał jej się. Nie wiedział co się jej stało. Chciał jej pomóc, ale nie miał pojęcia jak. Podszedł do niej i przytrzymał jej drugą dłoń.
 - Czy wszystko w porządku? - zapytał niepewnie. Dziewczyna spojrzała na niego mętnym wzrokiem i zemdlała. Chłopak wystraszył się. Tuż przed zetknięciem się jej ciała z podłogą, złapał ją i położył. Uklęknął i sprawdził czy oddycha. Nie oddychała. W tej chwili był naprawdę przerażony. Przecież jak ktoś go teraz zobaczy, to lepiej nie myśleć co się stanie.
 Delikatnie poklepał ją po policzku, jednak ona nie reagowała. Musiał coś wymyślić, żeby przywrócić jej przytomność. Przypomniał sobie co kiedyś usłyszał na targowisku: " - Jedna dziewczyna zemdlała i musieli uciskać jej klatkę piersiową, by oddech przywrócić. Nawet pan sobie nie zdaje sprawy, jakie to krępujące było. "
 - Należy uciskać klatkę piersiową. - stwierdził po chwili namysłu i już miał do tego przystąpić, kiedy spojrzał na jej talię. Była bardzo szczupła. Zauważył rozpięcie z tyłu ciała. Delikatnie odwrócił ją i spostrzegł mocno zawiązany gorset. Sukienka była rozpięta, zapewne próbowała poluzować go sobie. Bez namysłu rozwiązał sznurówki i poluzował je. Z powrotem odwrócił ją na plecy i nachylił się nad nią. Stwierdził, że musi wpuścić jej jakoś powietrze do gardła, a najlepszym rozwiązaniem były usta. Niewiele myśląc rozchylił jej lekko wargi, przyłożył swoje usta do niej i wykonał jej wdech a jego wydech. Dziewczyna zaczęła kaszleć. Uradowany usiadł i przyglądał się jak otwiera oczy i również siada.
 - Merida! - usłyszał krzyk i pewien młody mężczyzna podbiegł do nich. Odepchnął Jacksona i pomógł wstać dziewczynie. Panna wtuliła się w niego, na jej twarzy widniało zdumienie, jakby nie spodziewała się go tutaj.

***

 Merida usłyszała jak ktoś wykrzykuje jej imię i po chwili przy niej znalazł się Hans. Odepchnął chłopaka i pomógł jej wstać. Dziewczyna była zaskoczona, jeszcze przed chwilą myślała, że nikogo nie zainteresuje co się z nią stanie, a jednak. Pozwoliła się przytulić, lecz gest odwzajemniła tylko na chwilę. Usłyszała głos swojej matki i jeszcze jeden, męski.
 - Merido, kochanie, nic ci nie jest? Co on ci robił? - spojrzała z wyrzutem na szatyna, który uratował jej życie.
 - Czy pan wie, co panu grozi za coś takiego? - odezwał się kapitan stając po stronie Elinor i złapał go za ramię. Chłopak szybko się wyrwał i prychnął oburzony.
 - Chyba pan nie myśli, że mógłbym zrobić coś takiego? Ja tylko pomogłem pannie Meridzie. - odparł spoglądając na dziewczynę.
 - Kim jesteś? Bo sądząc po stroju nikim ważnym. - zapytał Hans zbliżając się do niego.
 - Nazywam się Jackson Overland i zaręczam, że nic niewłaściwego nie zrobiłem.
 - Zależy co pan uważa za niewłaściwe. - odpowiedziała pani DunBroch. Merida natychmiast zareagowała.
 - Pan Overland nic nie zrobił. Po prostu przywrócił mi przytomność. - odezwała się patrząc na Jacksona z cieniem uśmiechu i wdzięczności w oczach. Matka przyłożyła sobie dłoń do ust, próbując ukryć, że są otwarte, oczy jej się rozszerzyły. Podeszła do córki i delikatnie położyła rękę na jej ramieniu.
 - Jak to przywrócił przytomność? Dlaczego zemdlałaś? - spytała zaskoczona. Merida rozważała ile prawdy jej powiedzieć. Nie mogła wyjawić, że specjalnie się wychyliła, że chciała wskoczyć do oceanu i odejść z tego świata.
 - Z przeżytego strachu. Wychyliłam się i prawie wypadłam. Gdyby nie pan Jackson, jużbym mogła nie żyć. - odpowiedziała zgodnie z prawdą. Hans patrzył na nią nieprzekonany, podobny wzrok miał kapitan.
 - A dlaczego panienka się wychyliła? - zapytał podejrzliwie brodacz. Merida przełknęła ślinę. Jak na to miała odpowiedzieć? Wytężała mózg, ale nic nie przychodziło jej do głowy.
 - Chciałam zobaczyć... - spojrzała na drzwi, na których były... - śruby. - popatrzyła na kapitana, który potarł kciukiem swoją brodę w zadumie.
 - Chciała zobaczyć śruby! - roześmiał się Hans, jakby było to najgłupszą rzeczą, jaką mogła powiedzieć dama. Właściwie było.
 - No cóż, w każdym razie należy okazać wdzięczność panu Overlandowi za uratowanie pańskiej narzeczonej. - odezwał się kapitan i odszedł. Narzeczonej? - pomyślała Merida z lekkim obrzydzeniem. Nie miała zamiaru za niego wychodzić jednak wiedziała, że to jej obowiązek.
 - Dobrze. - zgodził się książę i wyciągnął portfel. Włożył banknot 20-dolarowy w dłonie Jacksona. - Tyle powinno wystarczyć.
 - Hans, to tyle jest warte moje bezpieczeństwo? - zainterweniowała dziewczyna. Nie chciała, aby jej przyszły narzeczony odprawił jej bohatera z niczym. Miała nadzieję, że mężczyzna zrobi coś więcej.
 - Masz rację. - odpowiedział z fałszywym uśmiechem, który panna od razu zauważyła. - Jutro wieczorem urządzam przyjęcie z pewnej okazji. Czuj się zaproszony. - powiedział po czym wziął Meridę pod rękę i odeszli. Dziewczyna zastanawiała się z jakiej okazji ma być to przyjęcie. Może w związku z jego kolejnym interesem? Postanowiła nie pytać, następnego dnia się dowie.

***

Trochę krótki, ale nie martwcie się. Następny rozdział będzie długi i opisze cały dzień łącznie z przyjęciem. Do następnego.

niedziela, 8 marca 2015

Rozdział 2

 Merida z wdziękiem schodziła po schodach. Na dole czekał na nią Hans, toteż nie śpieszyła się. Jej matka chwilę temu zniknęła za drzwiami luksusowej restauracji, pozostawiając ich samych. Kiedy wreszcie znalazła się przy mężczyźnie, na jego twarzy można było dostrzec cień zniecierpliwienia i niezadowolenia. Dziewczyna miała ochotę uśmiechnąć się triumfalnie, jednak powstrzymała się, pokornie kłaniając się tuż po tym, jak uczynił to książę. Udała się wraz z nim do odpowiedniego stolika, przy którym siedziała arystokracja. Hans odsunął jej krzesło, a on usiadła, po czym sam zajął miejsce obok niej.
 Merida długi okres czasu nie jadła porządnie, gdyż jej matka nie pozwalała na to. Chciała, aby jej córka wyglądała pięknie na kolacji, więc nie mogła sobie pozwolić na jedzenie do syta. Teraz ze zniecierpliwieniem czekała na kelnera, u którego będzie mogła złożyć zamówienie. Nie musiała patrzeć w kartę dań, aby wiedzieć co wybrać. Miała ochotę na krewetki. Było to jej ulubione danie odkąd po raz pierwszy spróbowała je 3 lata temu. Wiedziała, że zamówienie jest możliwe, gdyż idąc do stolika, zauważyła je na talerzu pewnego otyłego jegomościa.
 Kelner chwilę później pojawił się przy jej boku. Ukłonił się i spytał, czy już wybrała potrawę z menu. Zwrócił się do niej per panna. Zabawne, pomyślała, wchodzę tu jako panna, wyjdę jako narzeczona, a powrócę będąc żoną.
- Poproszę krewetki. - odpowiedziała z uprzejmym uśmiechem starając się ukryć, jak bardzo jest głodna. Matka spojrzała na nią rozszerzonymi oczami. Miała nadzieję, że córka wybierze wraz z księciem danie pod tytułem "Potrawa dla zakochanych". Nie do końca wiedziała jak wygląda, ale składniki były takie jakie lubi Merida i niezbyt tuczące.
 Kelner ponownie się schylił i obsłużył resztę klientów przy tym stoliku. Kiedy odszedł, rozmowy powróciły. Głównie były to komentarze na temat liniowca. Merida starała się dyskretnie poluzować gorset, aby nie zaciskał się tak bardzo na jej brzuchu, lecz Elinor zauważyła gest i niezauważalnie złapała ją za rękę, uniemożliwiając jej rozsznurowanie ubrania. Dziewczyna spojrzała na matkę błagającym wzrokiem, lecz dama nie ustąpiła. Rudowłosa panna westchnęła i spuściła wzrok. Po chwili pani DunBroch puściła ją i wyprostowała się.
- Pani Elinor, proszę nam powiedzieć, które danie jest bardziej tuczące? - odezwała się hrabina Meyer, tym samym włączając kobietę do rozmowy. Merida na chwilę mogła odetchnąć. Od tego hałasu bolała ją głowa. Zanim weszła na statek, nie czuła się najlepiej. Udała, że poprawia włosy, a w rzeczywistości dotknęła palcami czoła, aby sprawdzić, czy nie ma gorączki. Dodatkowo dyskretnie wyjęła wsuwkę, która bardzo ją kłuła w skórę głowy. Efekt fryzury pozostał taki sam, jednak brak tej rzeczy był widoczny szczególnie dla matki, która spojrzała na nią z niezadowoleniem w oczach.
- Proszę - kelner ułożył przed nią talerz krewetek. Dziewczyna patrzyła na nie łakomym wzrokiem. Spojrzała na matkę. Patrzyła na nią nieprzychylnym wzrokiem. Jej wzrok przesunął się na Hansa. Wyglądał jakby chciał coś jej powiedzieć, a raczej ją pouczyć, ale nie potrafił się na to zdobyć ze względu na arystokratów siedzących przy tym samym stole.
- Wyprostuj się. - usłyszała wyniosły rozkaz dochodzący z prawej strony. Zaciekawiona chciała zobaczyć, kto śmie kazać jej coś robić poza jej matką. Jej wzrok natrafił na elegancką kobietę z dziewczynką przy boku. Młoda osóbka siedziała wyprostowana jak struna i rozkładała chustkę na swoich kolanach nawet na nią nie patrząc. Była tak wyuczona, że oczy nie były jej potrzebne do idealnego wykonania poszczególnych czynności. Na ten widok zabolało ją w sercu. Przyszła jej do głowy myśl, kim ona właściwie jest? Służącą własnej matki? Bez wolności? Merida nawet nie wiedziała co to słowo znaczy. Być wolną? Czyli żadnych zasad? Ale na to z pewnością nie zgodziłaby się jej matka, nie dałaby ani odrobiny swobody, tylko przyglądałaby się zimnym spojrzeniem, jak jej własna córka cierpi.
 Kiedy sobie to uświadomiła, miała ochotę umrzeć. Może wtedy zakosztowałaby prawdziwej wolności? Skoro nikogo nie obchodziło co robi, to może nie zauważą, że nie wykonuje żadnej czynności oprócz leżenia martwej? Albo pływania? Ciekawe kto by się zainteresował, gdyby wypadła za burtę? Ktoś by ją uratował?
 Spojrzała na swoją matkę. Patrzyła na nią karcącym wzrokiem. Przekierowała wzrok na księcia. Spoglądał na nią z góry. Reszta dam i panów ignorowała ją, byli zajęci rozprawianiem o własnych problemach. Miała odpowiedź. Nikt nie rzuciłby się jej na ratunek. Pozwoliliby żeby się utopiła, żeby umarła. Ale o to jej właśnie chodzi. Chce umrzeć i ma ku temu okazję, dlaczego nie korzysta? Rzuciła ostatni raz spojrzenie na całą salę, po czym patrząc w przenikliwe oczy Elinor wstała, przewracając z hukiem krzesło i zwracając na siebie uwagę najbliższych stołów, przy okazji tego, przy którym siedziała. Nie miała czasu się zastanawiać, ani patrzeć ile osób ją obserwuje. Wybiegła przed otwarte drzwi zanim ktoś zdążył się odezwać.

***

 Jackson leżał na ławce i wpatrywał się w gwiazdy. Słyszał o gwiazdozbiorach, ale nie miał ochoty ich szukać po niebie. Przyszedł w to miejsce żeby móc rozmyślać w samotności. Raz na jakiś czas potrzebował tego. Zastanawiał się nad tym, co zrobić kiedy już dopłyną do Ameryki. Gdzie pójdą? Wiele razy pytał się o to Flynn'a, ale przyjaciel wiedział tyle samo co on, czyli nic. Chciał się wyluzować. Wyciągnął z kieszeni spodni paczkę papierosów. Został mu tylko jeden, oprócz tego, którego postanowił wypalić w tej chwili. Stwierdził, że ostatniego zapali dopiero po zdobyciu dziewczyny... albo kilku... i to na tym statku. Ponownie przemyślał to i parsknął śmiechem.
- Zaczynam myśleć jak Flynn. - wymamrotał z papierosem w ustach. Pokręcił głową z uśmiechem i zaciągnął się. Od razu poczuł się lepiej. Przyszłość przestała go interesować. Liczyła się tylko teraźniejszość. Uśmiechnął się szerzej. Właśnie o to mu chodziło.
 Wstał z ławki i podszedł do poręczy. Wpatrywał się w ocean. Zaczynało się robić chłodno. Po plecach przeszedł mu dreszcz. Zapewne woda była lodowata. Jeśli miałby wybierać pomiędzy życiem w biedzie, może nawet pewnego dnia w więzieniu, a wskoczeniem do oceanu w celu utopienia się i odejścia z tego świata, zdecydowanie wybrałby więzienie. Nie rozumiał dlaczego ludzie odbierają sobie tą cudowną rzecz, jaką jest życie. Przecież nie dostaną drugiej szansy.
 Usiadł na ławce i położył się. Ponownie wpatrywał się w gwiazdy. Zastanawiał się jak to jest latać. Z pewnością to cudowne uczucie, ten wiatr przeszywający ciało lodowatym chłodem. Wzdrygnął się. Może jednak odmówi sobie tego marzenia.
 Spojrzał na papierosa. Kończył mu się. Postanowił, że jak już wypali to pójdzie poszukać Flynn'a, przy nim nie można się nudzić. Może jest w kajucie i czeka na niego, aby mu opowiedzieć co widział? Lub bawi się pod pokładem. Druga wersja wydała mu się bardziej prawdopodobna.
 Nagle usłyszał stukanie obcasów, jakby kobieta biegła. Na początku chciał to zignorować, dużo jest tu dam, które się śpieszą. Lecz odgłos był coraz głośniejszy, co oznaczało, że osoba się zbliża. Ale przecież nie było tu nikogo, po co by miała tak się śpieszyć? Może wpadł którejś pannie w oko i teraz go szuka? Uśmiechnął się na tą myśl. Jednak kobieta przebiegła tuż obok niego nie zwracając na niego najmniejszej uwagi. Jackson natychmiast zgasił papierosa i wstał, patrząc na poczynania damy.
 Nie była stara, wręcz przeciwnie, może była w jego wieku? Ubrana była w długą suknię. Było zbyt ciemno, żeby określić więcej szczegółów. Lecz w tym momencie nie obchodziło chłopaka jak wyglądała. Bardziej interesowało go co robiła, a mianowicie bez zastanowienia zaczęła wspinać się na poręcz i przechodzić na drugą stronę rufy. Jackson stwierdził, że chyba oszalała. Chciała się zabić? Wskoczyć do tej lodowatej wody i utonąć? O nie, nie mógł na to pozwolić.
 - Na twoim miejscu bym tego nie robił. - odezwał się będąc kilka metrów od niej, już pozbawiony kamizelki. Osoba odwróciła się. Okazała się ładną młodą dziewczyną, sądząc po stroju, z pierwszej klasy. Jak ktoś tak atrakcyjny i bogaty mógłby pragnąć śmierci? Szatyn tego nie rozumiał.
 - Skąd możesz wiedzieć co czuję? Nie znasz mnie. - odparła dumnym głosem. Każda tak mówi. Jackson miał ochotę się roześmiać, ale powstrzymał się.
 - Wiem, że się nie znamy, ale ja ci dobrze radzę. Woda jest lodowata, wpadnięcie do niej, nawet zamierzone, nie jest przyjemnym doświadczeniem. - stwierdził mając nadzieję, że dziewczyna się wycofa. Jednak na efekt musiał chwilę poczekać.
 - Skąd wiesz? Zdażyło ci się to już? - spytała nachylając się bardziej.
 - Gdybym wpadł do takiej wody, nie przeżyłbym, więc otrzeźwij swój rozsądek i odejdź od rufy. - odpowiedział.
 - Nie masz prawa mi rozkazywać! - krzyknęła, ale przylgnęła plecami do poręczy. Widać było, że zaczyna się wahać. To był już postęp.
 - Masz rację, nie mam. Ale wiedz, że nic nie jest warte poświęcenia swojego życia. To po prostu głupota robić takie rzeczy.
 - Uważasz, że jestem głupia? - zawołała wzburzona. Jackson przewrócił oczami. Dziewczyna zaczynała go denerwować, a przecież chciał jej pomóc. Zaczął się powoli zbliżać do niej.
 - Co ty robisz? Natychmiast się odsuń! - rozkazała. Na jej twarzy malował się strach.
 - Uświadamiam cię, że jeśli ty wskoczysz do wody, ja wskoczę za tobą. Chyba nie chciałabyś mieć mnie na sumieniu? - odpowiedział spokojnie chłopak nieprzerwanie się przybliżając.
 - Zatrzymaj się, albo wskoczę. - dziewczyna najwyraźniej zrozumiała, o co chodzi Jackson'owi. Chłopak stanął, ale zaczął ściągać buty. Kiedy obuwie leżało już obok niego, miał zamiar ściągnąć też koszulę.
 - Nie, stop! Nie chcę cię widzieć w nagości. - odparła z niesmakiem.
 - Przecież to mają być twoje ostatnie momenty życia. Nie powinno ci być wszystko jedno? - zapytał udając zdezorientowanie. Dziewczyna zacisnęła palce na poręczy i westchnęła.
 - Dobrze, pozwolę ci się wciągnąć. - odpowiedziała próbując się odwrócić do niego przodem. Jackson odetchnął z ulgą. Udało mu się uratować ludzkie życie.
 Niewiele myśląc podbiegł do niej i złapał za jedną rękę. Miała takie delikatne dłonie. Zauważył, że była boso. Zapewne zgubiła buty po drodze. Kiedy się odwróciła, zaczął ją ostrożnie ciągnąć w górę i jednocześnie do siebie. Trzymał ją za obie ręce. Nagle poślizgnęła się i gdyby nie on, wpadłaby do wody. Zaczęła krzyczeć. Jackson'owi wbiła się poręcz w brzuch. Starał się ją utrzymać i jednocześnie uspokoić, najpierw samego siebie później ją. Przed chwilą uważał się za bohatera, teraz od niego zależało życie ich obojga. Poczuł, że już nie dotyka podłogi. Trzymał się bosymi stopami dolnych rur poręczy. Bał się, że nie utrzyma jej. Musiał wytrzymać, inaczej zostałby ukarany za jej śmierć. Czuł po brzuchu, że zsuwał się w dół. Gdyby tylko ona przestała się szamotać i uciszyłaby się. Byłoby prościej, może już byliby bezpieczni. A tak to marne szanse na przeżycie. Choć nigdy tego nie robił, teraz zaczął się modlić do Boga o pomoc, o siłę. Czy na próżno?

***

Ci, którzy oglądali Titanica, a zapewne wszyscy oglądali, wiedzą co się stanie. Dziękuję za te dwa komentarze zostawione pod poprzednim postem. Może innych zdziwiłaby moja radość, w końcu jest tylko 2, a nie 50, ale mnie każda liczba cieszy i uważam to za duży sukces. Pozdrawiam serdecznie osoby, które skomentowały i liczę na dalszą aktywność. Jeszcze raz dziękuję.