- Mamo, może ci pomóc? - zapytała ukrywając jak najlepiej swój zaspany ton głosu.
Kobieta drgnęła i zatrzymała się. Po chwili odwróciła głowę, a na jej twarzy był widoczny wymuszony uśmiech. Chwilę później obróciła resztę ciała i stanęła prosto. Ręce miała schowane z tyłu, jakby trzymała w nich coś, czego jej córka nie powinna widzieć.
- Och, Merido, już nie śpisz? - spytała, aby przerwać ciszę i w razie czego odwrócić jej uwagę od tego tematu. Panna już otwierała usta, by grzecznie odpowiedzieć, ale Elinor uprzedziła ją.
- To może pomogę ci się przygotować na śniadanie? - zaproponowała tonem nieznoszącym sprzeciwu, choć nadal utrzymywała uśmiech na ustach. Córka pokiwała delikatnie głową i wstała, aby się przygotować.
***
Jackson poczuł dotyk palców na swojej skórze, nie delikatny, czuły, ale szturchający i chcący go jak naszybciej obudzić. Otworzył leniwie oczy i ujrzał przed sobą uśmiechniętą twarz Flynn'a. W przestrachu wykonał ruch, jakby chciał odskoczyć od niego, ale jedynie wcisnął się głębiej w poduszkę, po czym materac odbił jego głowę i czoło chłopaka trafiło w brodę przyjaciela.
- Au, Jackson, jeśli chciałeś, żebym zszedł to wystarczyło powiedzieć, a nie od razu próbować zrzucać. - zachichotał Flynn. - No i, jaki dzisiaj dzień? - zapytał schodząc ze schodków.
- Nie mam pojęcia. - odpowiedział Jackson rozcierając sobie czoło.
- Żartujesz sobie? Dzisiaj jest potańcówka pod pokładem, wyłącznie dla trzeciej klasy, czyli sami swoi! - zawołał uradowany brunet.
Jackson starał się go słuchać, ale nie mógł przestać myśleć o tej rudowłosej dziewczynie, której uratował życie. Merida, tak miała na imię. Chciał ją spotkać jeszcze raz, ale zdał sobie sprawę z tego, że to niemożliwe. Ona była bez wątpienia z pierwszej klasy, a on - z trzeciej. Nawet jeśli ich spotkanie doszłoby do skutku, to o czym by miał z nią rozmawiać? Chyba nie o hazardzie. A dzisiaj? Przecież został zaproszony na kolację. W co on się ubierze? Nie przypominał sobie, aby zabierał ze sobą jakieś eleganckie stroje. W gruncie rzeczy nic nie wziął.
Jego rozmyślanie, tak samo jak monolog przyjaciela przerwało pukanie do drzwi. Jackson nie miał zamiaru schodzić z łóżka, myślał, że to sprzątaczka lub ktoś w tym rodzaju. Flynn jednak podszedł do drzwi i je otworzył. Chłopak podniósł na chwilę głowę, aby upewnić się w swoich przekonaniach, jednak mylił się. W progu stała ładna dziewczyna w skromnym, lecz schludnym ubraniu. Blond włosy były spięte w sporych rozmiarów warkocza sięgającego ziemi, a duże zielone czy patrzyły radośnie na bruneta.
- Cześć, Flynn! - zawołała z szerokim uśmiechem, który odsłonił jej białe zęby.
Jackson nie zauważył przy niej żadnych sprzętów do sprzątania, więc uznał, że to z pewnością dziewczyna, którą poznał kiedy zwiedzał liniowca. Po ubiorze stwierdził, że to również osoba z klasy trzecie. Jedyną rzeczą, która go zdziwiła w wyglądzie blondynki, to były jej nieprawdopodobnie długie włosy.
Przyjaciel ocknął się z szoku i zaproponował dziewczynie, by weszła do środka. Ta zgodziła się z ochotą i po chwili już siedziała na łóżku, rozglądając się dookoła z zachwytem w oczach. Szatyna nawet nie dostrzegła, z resztą on sam starał się pozostać niezauważony. Jednak w tej chwili ciekawość zwyciężyła.
- A cóż to za urocza dziewczyna? - zapytał schodząc po szczeblach i stając obok Flynn'a. Blondynka spuściła głowę starając się ukryć policzki pokryte czerwienią.
- Ma na imię Roszpunka. Spotkałem ją wczoraj i się zaprzyjaźniliśmy. - wytłumaczył lekko zmieszany przyjaciel.
- Miło mi cię poznać, Roszpunko. - odpowiedział z uśmiechem podchodząc do niej i całując w rękę, jak na dżentelmena przystało. - Jackson Overland. - przedstawił się, a czerwień pokryła całą twarz dziewczyny.
Flynn odchrząknął i zaproponował nowej znajomej spacer po liniowcu. Roszpunka z chęcią przystała na tę propozycję. Pożegnali się krótkim "cześć" i opuścili kabinę. Jackson wypuścił powietrze z ust i podrapał się po głowie. Postanowił również wyjść. Miał nadzieję, że spotka tą uroczą Meridę i przy okazji może uda mu się coś ukraść, żeby zaspokoić głód.
- Au, Jackson, jeśli chciałeś, żebym zszedł to wystarczyło powiedzieć, a nie od razu próbować zrzucać. - zachichotał Flynn. - No i, jaki dzisiaj dzień? - zapytał schodząc ze schodków.
- Nie mam pojęcia. - odpowiedział Jackson rozcierając sobie czoło.
- Żartujesz sobie? Dzisiaj jest potańcówka pod pokładem, wyłącznie dla trzeciej klasy, czyli sami swoi! - zawołał uradowany brunet.
Jackson starał się go słuchać, ale nie mógł przestać myśleć o tej rudowłosej dziewczynie, której uratował życie. Merida, tak miała na imię. Chciał ją spotkać jeszcze raz, ale zdał sobie sprawę z tego, że to niemożliwe. Ona była bez wątpienia z pierwszej klasy, a on - z trzeciej. Nawet jeśli ich spotkanie doszłoby do skutku, to o czym by miał z nią rozmawiać? Chyba nie o hazardzie. A dzisiaj? Przecież został zaproszony na kolację. W co on się ubierze? Nie przypominał sobie, aby zabierał ze sobą jakieś eleganckie stroje. W gruncie rzeczy nic nie wziął.
Jego rozmyślanie, tak samo jak monolog przyjaciela przerwało pukanie do drzwi. Jackson nie miał zamiaru schodzić z łóżka, myślał, że to sprzątaczka lub ktoś w tym rodzaju. Flynn jednak podszedł do drzwi i je otworzył. Chłopak podniósł na chwilę głowę, aby upewnić się w swoich przekonaniach, jednak mylił się. W progu stała ładna dziewczyna w skromnym, lecz schludnym ubraniu. Blond włosy były spięte w sporych rozmiarów warkocza sięgającego ziemi, a duże zielone czy patrzyły radośnie na bruneta.
- Cześć, Flynn! - zawołała z szerokim uśmiechem, który odsłonił jej białe zęby.
Jackson nie zauważył przy niej żadnych sprzętów do sprzątania, więc uznał, że to z pewnością dziewczyna, którą poznał kiedy zwiedzał liniowca. Po ubiorze stwierdził, że to również osoba z klasy trzecie. Jedyną rzeczą, która go zdziwiła w wyglądzie blondynki, to były jej nieprawdopodobnie długie włosy.
Przyjaciel ocknął się z szoku i zaproponował dziewczynie, by weszła do środka. Ta zgodziła się z ochotą i po chwili już siedziała na łóżku, rozglądając się dookoła z zachwytem w oczach. Szatyna nawet nie dostrzegła, z resztą on sam starał się pozostać niezauważony. Jednak w tej chwili ciekawość zwyciężyła.
- A cóż to za urocza dziewczyna? - zapytał schodząc po szczeblach i stając obok Flynn'a. Blondynka spuściła głowę starając się ukryć policzki pokryte czerwienią.
- Ma na imię Roszpunka. Spotkałem ją wczoraj i się zaprzyjaźniliśmy. - wytłumaczył lekko zmieszany przyjaciel.
- Miło mi cię poznać, Roszpunko. - odpowiedział z uśmiechem podchodząc do niej i całując w rękę, jak na dżentelmena przystało. - Jackson Overland. - przedstawił się, a czerwień pokryła całą twarz dziewczyny.
Flynn odchrząknął i zaproponował nowej znajomej spacer po liniowcu. Roszpunka z chęcią przystała na tę propozycję. Pożegnali się krótkim "cześć" i opuścili kabinę. Jackson wypuścił powietrze z ust i podrapał się po głowie. Postanowił również wyjść. Miał nadzieję, że spotka tą uroczą Meridę i przy okazji może uda mu się coś ukraść, żeby zaspokoić głód.
***
Merida dotknęła pięknego naszyjnika zawieszonego na jej szyi. "Serce Oceanu" - taką nosił nazwę ze względu na niesamowity niebieski klejnot w kształcie serca. Dziewczyna zachwycała się nim, lecz jej uczucia względem Hansa, od którego otrzymała poprzedniego wieczoru ten prezent, nie poprawiły się. Przyjęła jego oświadczyny, lecz tylko z konieczności, nic nie czuła do tego mężczyzny.
Drzwi otworzyły się. Dziewczyna odwróciła się gwałtownie, prawie niszcząc przy tym fryzurę, którą matka jej ułożyła. W progu stała zniecierpliwiona Elinor.
- Taka piękna pogoda, a ty, Merido, zamknięta tutaj? - powiedziała niemiłym głosem kobieta.
- Miałam zamiar wyjść. - odpowiedziała cicho dziewczyna i wstała z miejsca. Starannie nałożyła kapelusz na głowę i wyszła z pomieszczenia nie czekając na matkę. Postanowiła wyjść na pokład. Nie wiedziała jeszcze co dokładnie będzie tam robić, ale skierowała tam swoje kroki.
Usiadła na pustej ławce i wpatrzyła się w ocean przed sobą. Zastanawiała się, czy wods naprawdę jest tak lodowata jak mówił pan Overland? Co by się stało, gdyby go nie było? Naprawdę by skoczyła? Pokręciła głową i starała się zając myśli czymś innym, przyjemnym.
- Mogę się dosiąść? - usłyszała pytanie. Ten głos. Tylko jedna osoba ma taką barwę. Tą rzecz zapamiętała najlepiej.
Podniosła głowę. Miała rację. Przed nią stał Jackson. Jego twarz rozświetlał promienny uśmiech. Była zdziwiona, że taka biedota posiadała piękne, białe zęby. Odwzajemniła gest i przesunęła się, robiąc mu miejsce. Chłopak usiadł, a na kolanach położył beżową teczkę, którą dotąd trzymał pod pachą.
- Co pana tu sprowadza? - zapytała grzecznie.
- Piękna dziewczyna. - odpowiedział, po czym spuścił wzrok próbując ukryć to, że się zarumienił. Merida na początku chciała udawać, że tego nie słyszała, ale z jej ust wydobył się zawstydzony chichot.
- Przejdziemy się? - zaproponował Jackson, kiedy z jego twarzy spłynęła już czerwień. Dziewczyna z chęcią przystała. Ruszyli powolnym krokiem wzdłuż liniowca. Z początku nikt nie chciał się odezwać. Obydwoje milczeli, jakby obok siebie nie mieli drugiej osoby. Merida przyglądała się jak pewien młody mężczyzna negocjował warunki umowy ze starszym panem. Kiedy biznesmen wyczuł jej wzrok i zerknął w jej stronę, natychmiast odwróciła głowę i postanowiła przerwać ciszę panującą pomiędzy nimi.
- Jeszcze raz dziękuję panu, za uratowanie mi życia. - powiedziała nie doszukując się w swojej głowie niczego, co by brzmiało sensowniej.
- Drobiazg. - odparł znudzony, po czym odchrząknął. - I proszę, mów mi Jackson. Nie żaden pan. W końcu ile jestem od ciebie starszy? Rok, dwa? Ile masz lat?
- 18. - odpowiedziała bez wahania.
- Czyli 2 lata różnicy. Te formalności są naprawdę niepotrzebne. - dziewczyna miała świadomość, że chłopak z niej kpił. Zmarszczyła brwi i wyrwała mu z rąk teczkę.
- Co tam trzymasz? Jakieś sekretne informacje? - zapytała zaciekawiona i otworzyła. W środku znajdowały się rysunki ludzi w różnym wieku. Wszystkie proporcje były zachowane. Zachwyciła się obrazkiem, na którym widniał staruszek, prawdopodobnie z wnuczkiem, który pokazywał mu różne obiekty przed nimi. Wszystkie uczucia były idealnie odmalowane, czuć było ten zapał z jakim dziecko objaśniało dziadkowi co widzi przed sobą, tą więź łączącą tych dwojga ludzi.
Spojrzała z uśmiechem na Jackson'a, który dotąd przyglądał się jej i nie zwracał uwagi na oglądane przez nią rysunki jego autorstwa.
- Są świetne, naprawdę. - powiedziała, kiedy spojrzał jej prosto w oczy. W jego brązowych tęczówkach ujrzała iskierki radości, po chwili kąciki ust powędrowały ku górze i odsłoniły uzębienie. Wpatrywali się z siebie dopóki Merida nie uderzyła stopą w jeden z drewnianych leżaków.
- Może lepiej będzie, kiedy usiądziemy. - odezwał się szatyn próbując powstrzymać śmiech, lecz na darmo. Po chwili na dosyć dużą odległość można było usłyszeć jego srebrzysty, serdeczny chichot, który towarzyszył chłopakowi dotąd aż usiedli. Przez cały ten czas Merida starała się go uciszyć i niezbyt pokazywała swoją twarz, ponieważ ludzie w promieniu 20 metrów przyglądali się im. Dziewczyna bała się, że pośród nich jest jej matka lub Hans, a gdyby któreś z nich ujrzało ich razem to pozostaje tylko się modlić.
Panna DunBroch już myślała, że wszystko jest w porządku, jednak Jackson wyprowadził ją z błędu i zaczął śmiać się jeszcze głośniej. Coraz więcej osób spoglądało w ich stronę. Merida zawstydziła się.
- Naprawdę to takie śmieszne? - syknęła dyskretnie, jednak chłopak nie odpowiedział. - Lepiej stąd chodźmy. - wymruczała wstając i ciągnąc chłopaka za rękaw, który posłusznie poszedł za nią.
Jackson uspokoił się i patrzył jak Merida z ciekawością i zachwytem ogląda kolejne rysunki jego autorstwa. Dziewczyna natrafiła na obrazek przedstawiający nagą kobietę opartą o barierkę na moście. Wszystkie szczegóły były przedstawione, nie ominął nawet intymnych miejsc.
- To już musiałeś sobie wyobrazić, prawda? - zapytała wskazując palcem na rysunek. Chłopak zaśmiał się. Merida nie rozumiała co jest takiego śmiesznego w rysowaniu nagości, lecz uśmiech szatyna był zaraźliwy i kąciki jej ust uniosły się ku górze.
- Nie musiałem. Kobiety we Francji chętnie się rozbierały i w takim stanie mi pozowały. - wytłumaczył jej.
- Byłeś we Francji? - zdziwiła się dziewczyna. Nie wyglądał na podróżnika, sam jego wygląd dawał pewność, że jest biedny. "Więc jak się tu dostał?" - zapytała sama siebie wiedząc, że bilety były bardzo drogie.
- Oczywiście. Dwa razy. Tamtejsze kobiety są naprawdę piękne. - odpowiedział chłopak dyskretnie obserwując jej reakcję. Merida poczuła lekkie ukłucie zazdrości, lecz nie wiedziała dlaczego. Nie miała pojęcia czy dlatego, że Jackson skomplementował Francuzki, czy może dlatego, że był w kraju, o którym marzyła, pragnęła tam pojechać chociaż na parę dni. Spróbować francuskiego szampana, poczuć zapach francuskich perfum.
- Nie chciałabym cię urazić, ale twój stan trzeciej klasy nie oznacza bogactwa.
- Za wiele nie straciłem. Była okazja, więc nie traciłem czasu.
- Jak to? - zapytała prawie falsetem, rozszerzając oczy z zaskoczenia. Nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Myślała, że opowie jej, jak długo i ciężko pracował, żeby w końcu uzbierać odpowiednią kwotę, aby pojechać do rodziny we Francji. Jednak zaczęła się przekonywać do tego, że nie miał specjalnego powodu, żeby wyjeżdżać.
- Za pierwszym razem siedziałem na ulicy wygłodzony, bez dachu nad głową. Akurat przechodził jegomość i portfel mu wypadł z kieszeni prosto pod moje nogi. Wziąłem do ręki, otworzyłem i wyciągnąłem stamtąd banknot 20-dolarowy i bilet drugiej klasy do Francji. Portfel oczywiście oddałem. - opowiedział. - Za drugim razem postanowiłem użyć podstępu. Rozczochrałem włosy, pobrudziłem twarz i ręce i ubrałem się w stare, brudne łachmany. Ukradłem portfel przypadkowej kobiecie, uciekłem i doprowadziłem się do stanu czystości. Nie rozpoznała mnie, a ja ponownie wyjechałem do Francji.
Merida patrzyła na chłopaka oburzona. Nie miała pojęcia z kim ma do czynienia. Zdążyła w pewnym stopniu nawiązać z nim nić sympatii, jednak po ujawnieniu się tożsamości Jacksona, nie wiedziała co myśleć o nim i ich relacjach.
- Bilet na Titanica zapewne również ukradłeś, prawda? - stwierdziła podnosząc prawą brew do góry. Już nic by ją nie zdziwiło.
- Nie. Wygrałem uczciwie w pokera. - odpowiedział poważnie. Dziewczyna już chciała zakomunikować mu, że hazard nie jest uczciwy, kiedy chłopak dodał z uśmiechem - Kantując.
- Najlepiej zmieńmy temat. - powiedziała szybko. - Naprawdę wystarczyło im powiedzieć, żeby się dobrowolnie rozebrały?
- Oczywiście. -odparł znudzonym głosem Jackson i utkwił wzrok w niebo.
- Tą kobietę rysujesz bardzo często. Czego szczególnego się w niej doszukałeś? - zapytała, ponownie czując lekkie ukłucie zazdrości.
- Jej charakter był niesamowity, miała również piękne dłonie, ale była bez nogi. Widzisz? - przewrócił kartkę, która odsłoniła kolejny rysunek tej kobiety. Leżała na ziemi owinięta w zwiewny materiał, który zasłaniał jej piersi i kawałek brzucha. Merida od razu zauważyła brak prawej kończyny. Zamknęła teczkę i zwróciła ją chłopakowi nie chcąc oglądać większej ilości portretów. Zastanawiała się nad tematem, który byłby najbardziej odpowiedni, lecz jej przemyślenia przerwało charczenie Jacksona. Szatyn zbliżył się do barierki i wypluł zawartość swoich płuc. Na twarzy dziewczyny malowało się obrzydzenie. Chłopak odwrócił głowę w jej stronę, a na jego ustach pojawił się uśmiech.
- Naprawdę ta czynność jest konieczna? - zapytała z niesmakiem.
- Tak, jeśli chcesz poprawnie oddychać. Mogę cię nauczyć, jeśli oczywiście chcesz. W niektórych przypadkach bardzo się przydaje. - odpowiedział.
- Chyba żartujesz! Jestem damą, a damie nie przystoi takie zachowanie. Co by na to powiedziała moja matka?
- A widzisz gdzieś tu swoją matkę? - zapytał rozglądając się.
- To nieistotne czy jest tu, czy nie. Co powiedzą ludzie, kiedy zobaczą pannę z pierwszej klasy wypluwającą do morza swoją wydzielinę z płuc. - mimo że Merida bardzo się starała, nie mogła powstrzymać uśmiechu, który wdarł się na jej usta na samą myśl o tym.
- Zbyt bardzo się przejmujesz opinią innych. Daj się ponieść. Tylko raz. Obiecuję, że więcej cię do niczego takiego nie namówię. - Jackson spojrzał na nią błagalnym wzrokiem.
- No dobrze. - wyszeptała, a później dodała głośniej. - Ale tylko raz.
- Oczywiście. - szatyn pokiwał głową i przystąpił do dawania jej lekcji z plucia.
Po kilku minutach w końcu jej się udało.
- Och, jak daleko poleciało? Ale poczekaj, zrób o tak. - zanim zdążył całkowicie wypuścić ślinę z ust, zza ich pleców doszedł odgłos chrząknięcia z nutką niezadowolenia. Obydwoje odwrócili głowy.
- Mamo. - wyszeptała Merida.
- Taka piękna pogoda, a ty, Merido, zamknięta tutaj? - powiedziała niemiłym głosem kobieta.
- Miałam zamiar wyjść. - odpowiedziała cicho dziewczyna i wstała z miejsca. Starannie nałożyła kapelusz na głowę i wyszła z pomieszczenia nie czekając na matkę. Postanowiła wyjść na pokład. Nie wiedziała jeszcze co dokładnie będzie tam robić, ale skierowała tam swoje kroki.
Usiadła na pustej ławce i wpatrzyła się w ocean przed sobą. Zastanawiała się, czy wods naprawdę jest tak lodowata jak mówił pan Overland? Co by się stało, gdyby go nie było? Naprawdę by skoczyła? Pokręciła głową i starała się zając myśli czymś innym, przyjemnym.
- Mogę się dosiąść? - usłyszała pytanie. Ten głos. Tylko jedna osoba ma taką barwę. Tą rzecz zapamiętała najlepiej.
Podniosła głowę. Miała rację. Przed nią stał Jackson. Jego twarz rozświetlał promienny uśmiech. Była zdziwiona, że taka biedota posiadała piękne, białe zęby. Odwzajemniła gest i przesunęła się, robiąc mu miejsce. Chłopak usiadł, a na kolanach położył beżową teczkę, którą dotąd trzymał pod pachą.
- Co pana tu sprowadza? - zapytała grzecznie.
- Piękna dziewczyna. - odpowiedział, po czym spuścił wzrok próbując ukryć to, że się zarumienił. Merida na początku chciała udawać, że tego nie słyszała, ale z jej ust wydobył się zawstydzony chichot.
- Przejdziemy się? - zaproponował Jackson, kiedy z jego twarzy spłynęła już czerwień. Dziewczyna z chęcią przystała. Ruszyli powolnym krokiem wzdłuż liniowca. Z początku nikt nie chciał się odezwać. Obydwoje milczeli, jakby obok siebie nie mieli drugiej osoby. Merida przyglądała się jak pewien młody mężczyzna negocjował warunki umowy ze starszym panem. Kiedy biznesmen wyczuł jej wzrok i zerknął w jej stronę, natychmiast odwróciła głowę i postanowiła przerwać ciszę panującą pomiędzy nimi.
- Jeszcze raz dziękuję panu, za uratowanie mi życia. - powiedziała nie doszukując się w swojej głowie niczego, co by brzmiało sensowniej.
- Drobiazg. - odparł znudzony, po czym odchrząknął. - I proszę, mów mi Jackson. Nie żaden pan. W końcu ile jestem od ciebie starszy? Rok, dwa? Ile masz lat?
- 18. - odpowiedziała bez wahania.
- Czyli 2 lata różnicy. Te formalności są naprawdę niepotrzebne. - dziewczyna miała świadomość, że chłopak z niej kpił. Zmarszczyła brwi i wyrwała mu z rąk teczkę.
- Co tam trzymasz? Jakieś sekretne informacje? - zapytała zaciekawiona i otworzyła. W środku znajdowały się rysunki ludzi w różnym wieku. Wszystkie proporcje były zachowane. Zachwyciła się obrazkiem, na którym widniał staruszek, prawdopodobnie z wnuczkiem, który pokazywał mu różne obiekty przed nimi. Wszystkie uczucia były idealnie odmalowane, czuć było ten zapał z jakim dziecko objaśniało dziadkowi co widzi przed sobą, tą więź łączącą tych dwojga ludzi.
Spojrzała z uśmiechem na Jackson'a, który dotąd przyglądał się jej i nie zwracał uwagi na oglądane przez nią rysunki jego autorstwa.
- Są świetne, naprawdę. - powiedziała, kiedy spojrzał jej prosto w oczy. W jego brązowych tęczówkach ujrzała iskierki radości, po chwili kąciki ust powędrowały ku górze i odsłoniły uzębienie. Wpatrywali się z siebie dopóki Merida nie uderzyła stopą w jeden z drewnianych leżaków.
- Może lepiej będzie, kiedy usiądziemy. - odezwał się szatyn próbując powstrzymać śmiech, lecz na darmo. Po chwili na dosyć dużą odległość można było usłyszeć jego srebrzysty, serdeczny chichot, który towarzyszył chłopakowi dotąd aż usiedli. Przez cały ten czas Merida starała się go uciszyć i niezbyt pokazywała swoją twarz, ponieważ ludzie w promieniu 20 metrów przyglądali się im. Dziewczyna bała się, że pośród nich jest jej matka lub Hans, a gdyby któreś z nich ujrzało ich razem to pozostaje tylko się modlić.
Panna DunBroch już myślała, że wszystko jest w porządku, jednak Jackson wyprowadził ją z błędu i zaczął śmiać się jeszcze głośniej. Coraz więcej osób spoglądało w ich stronę. Merida zawstydziła się.
- Naprawdę to takie śmieszne? - syknęła dyskretnie, jednak chłopak nie odpowiedział. - Lepiej stąd chodźmy. - wymruczała wstając i ciągnąc chłopaka za rękaw, który posłusznie poszedł za nią.
Jackson uspokoił się i patrzył jak Merida z ciekawością i zachwytem ogląda kolejne rysunki jego autorstwa. Dziewczyna natrafiła na obrazek przedstawiający nagą kobietę opartą o barierkę na moście. Wszystkie szczegóły były przedstawione, nie ominął nawet intymnych miejsc.
- To już musiałeś sobie wyobrazić, prawda? - zapytała wskazując palcem na rysunek. Chłopak zaśmiał się. Merida nie rozumiała co jest takiego śmiesznego w rysowaniu nagości, lecz uśmiech szatyna był zaraźliwy i kąciki jej ust uniosły się ku górze.
- Nie musiałem. Kobiety we Francji chętnie się rozbierały i w takim stanie mi pozowały. - wytłumaczył jej.
- Byłeś we Francji? - zdziwiła się dziewczyna. Nie wyglądał na podróżnika, sam jego wygląd dawał pewność, że jest biedny. "Więc jak się tu dostał?" - zapytała sama siebie wiedząc, że bilety były bardzo drogie.
- Oczywiście. Dwa razy. Tamtejsze kobiety są naprawdę piękne. - odpowiedział chłopak dyskretnie obserwując jej reakcję. Merida poczuła lekkie ukłucie zazdrości, lecz nie wiedziała dlaczego. Nie miała pojęcia czy dlatego, że Jackson skomplementował Francuzki, czy może dlatego, że był w kraju, o którym marzyła, pragnęła tam pojechać chociaż na parę dni. Spróbować francuskiego szampana, poczuć zapach francuskich perfum.
- Nie chciałabym cię urazić, ale twój stan trzeciej klasy nie oznacza bogactwa.
- Za wiele nie straciłem. Była okazja, więc nie traciłem czasu.
- Jak to? - zapytała prawie falsetem, rozszerzając oczy z zaskoczenia. Nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Myślała, że opowie jej, jak długo i ciężko pracował, żeby w końcu uzbierać odpowiednią kwotę, aby pojechać do rodziny we Francji. Jednak zaczęła się przekonywać do tego, że nie miał specjalnego powodu, żeby wyjeżdżać.
- Za pierwszym razem siedziałem na ulicy wygłodzony, bez dachu nad głową. Akurat przechodził jegomość i portfel mu wypadł z kieszeni prosto pod moje nogi. Wziąłem do ręki, otworzyłem i wyciągnąłem stamtąd banknot 20-dolarowy i bilet drugiej klasy do Francji. Portfel oczywiście oddałem. - opowiedział. - Za drugim razem postanowiłem użyć podstępu. Rozczochrałem włosy, pobrudziłem twarz i ręce i ubrałem się w stare, brudne łachmany. Ukradłem portfel przypadkowej kobiecie, uciekłem i doprowadziłem się do stanu czystości. Nie rozpoznała mnie, a ja ponownie wyjechałem do Francji.
Merida patrzyła na chłopaka oburzona. Nie miała pojęcia z kim ma do czynienia. Zdążyła w pewnym stopniu nawiązać z nim nić sympatii, jednak po ujawnieniu się tożsamości Jacksona, nie wiedziała co myśleć o nim i ich relacjach.
- Bilet na Titanica zapewne również ukradłeś, prawda? - stwierdziła podnosząc prawą brew do góry. Już nic by ją nie zdziwiło.
- Nie. Wygrałem uczciwie w pokera. - odpowiedział poważnie. Dziewczyna już chciała zakomunikować mu, że hazard nie jest uczciwy, kiedy chłopak dodał z uśmiechem - Kantując.
- Najlepiej zmieńmy temat. - powiedziała szybko. - Naprawdę wystarczyło im powiedzieć, żeby się dobrowolnie rozebrały?
- Oczywiście. -odparł znudzonym głosem Jackson i utkwił wzrok w niebo.
- Tą kobietę rysujesz bardzo często. Czego szczególnego się w niej doszukałeś? - zapytała, ponownie czując lekkie ukłucie zazdrości.
- Jej charakter był niesamowity, miała również piękne dłonie, ale była bez nogi. Widzisz? - przewrócił kartkę, która odsłoniła kolejny rysunek tej kobiety. Leżała na ziemi owinięta w zwiewny materiał, który zasłaniał jej piersi i kawałek brzucha. Merida od razu zauważyła brak prawej kończyny. Zamknęła teczkę i zwróciła ją chłopakowi nie chcąc oglądać większej ilości portretów. Zastanawiała się nad tematem, który byłby najbardziej odpowiedni, lecz jej przemyślenia przerwało charczenie Jacksona. Szatyn zbliżył się do barierki i wypluł zawartość swoich płuc. Na twarzy dziewczyny malowało się obrzydzenie. Chłopak odwrócił głowę w jej stronę, a na jego ustach pojawił się uśmiech.
- Naprawdę ta czynność jest konieczna? - zapytała z niesmakiem.
- Tak, jeśli chcesz poprawnie oddychać. Mogę cię nauczyć, jeśli oczywiście chcesz. W niektórych przypadkach bardzo się przydaje. - odpowiedział.
- Chyba żartujesz! Jestem damą, a damie nie przystoi takie zachowanie. Co by na to powiedziała moja matka?
- A widzisz gdzieś tu swoją matkę? - zapytał rozglądając się.
- To nieistotne czy jest tu, czy nie. Co powiedzą ludzie, kiedy zobaczą pannę z pierwszej klasy wypluwającą do morza swoją wydzielinę z płuc. - mimo że Merida bardzo się starała, nie mogła powstrzymać uśmiechu, który wdarł się na jej usta na samą myśl o tym.
- Zbyt bardzo się przejmujesz opinią innych. Daj się ponieść. Tylko raz. Obiecuję, że więcej cię do niczego takiego nie namówię. - Jackson spojrzał na nią błagalnym wzrokiem.
- No dobrze. - wyszeptała, a później dodała głośniej. - Ale tylko raz.
- Oczywiście. - szatyn pokiwał głową i przystąpił do dawania jej lekcji z plucia.
Po kilku minutach w końcu jej się udało.
- Och, jak daleko poleciało? Ale poczekaj, zrób o tak. - zanim zdążył całkowicie wypuścić ślinę z ust, zza ich pleców doszedł odgłos chrząknięcia z nutką niezadowolenia. Obydwoje odwrócili głowy.
- Mamo. - wyszeptała Merida.
******
No, długo tu mnie nie było. Ale rozdział w końcu jest. Przepraszam, że nie dotrzymałam obietnicy i nie umieściłam tu tej kolacji, ale stwierdziłam, że się jeszcze zanudzicie. Jednak tym razem obiecuję, że w następnym rozdziale napiszę już tą kolację do momentu karteczki.